wtorek, 26 listopada 2024

2 - Kobieta, która cię kocha

 

ROZDZIAŁ 2

Kobieta, która cię kocha

 

 

Następnego ranka po tym, jak Hound kupił pościel, jego budzik zadzwonił.

A on nie wcisnął drzemki.

Wyłączył go, wytoczył się z łóżka, poszedł do łazienki, odlał się, umył ręce, umył zęby, ochlapał twarz i pachy wodą, po czym wrócił do sypialni, żeby założyć dżinsy, koszulkę, skarpetki i buty.

Wyszedł, wziął klucze, otworzył drzwi, przeszedł przez nie i przeszedł korytarzem do drzwi obok swoich.

Nie zawahał się, kiedy włożył trzy różne klucze do trzech różnych zamków, otworzył je i wszedł.

Nie zawahał się też, kiedy przechodził przez zagracony pokój, który był o wiele czystszy od jego pokoju, bo płacił sprzątaczce, by raz w tygodniu przychodziła do tego mieszkania, odkurzała, myła, sprzątała łazienki, zmieniała pościel, a także zabierała i przynosiła pranie.

Hound nie wahał się ani chwili w drodze do swojej porannej lokalizacji, do której podróżował każdego dnia, ale zatrzymał się przy uchylonych drzwiach. Drzwiach do sypialni, które były w ścianie dzielącej ją z salonem.

Zapukał w framugę.

- Wstałaś? - zawołał.

Otrzymał zwykłą odpowiedź - Tak, kochanie.

Hound otworzył drzwi i nie wahał się wejść, patrząc na kobietę w łóżku.

- Yo - przywitał się, uśmiechając się do niej.

Odwzajemniła uśmiech.

Zatrzymał się przy jej łóżku.

- Co robimy dziś rano? - zapytał.

- Prysznic, motek[1]. Okej?

Skinął głową. Sięgnął na bok, żeby złapać jej chodzik, ustawił go tak, jak tego potrzebowała, a następnie przesunął się tak, jak musiał, ściągając kołdrę i ostrożnie chwytając wątłe, szczupłe ciało babci w koszuli nocnej.

Z czasem przeszli przez kolejne ruchy, aż miała na sobie kapcie i dłonie mocno zaciśnięte na chodziku.

Odwrócił się od niej i pozwolił jej iść w stronę łazienki, podczas gdy on sam do niej wszedł.

Sprawdził kąt nachylenia słuchawki prysznicowej, siedzisko w wannie, nie żeby kiedykolwiek zmieniły pozycję, skoro on i jej sprzątaczka byli jedynymi osobami, które ich dotykały, ale musiało być tak, jak być musiało, więc Hound nigdy nie omieszkał tego sprawdzić.

Sprawdził także ręczniki i przeniósł jej gówno z miejsca, w którym było, by nie przeszkadzało, do miejsca, gdzie będzie musiała je chwycić, gdy nadejdzie czas.

Weszła za nim, a on pomógł jej zająć pozycję. Z praktyką potrafił odwrócić wzrok nawet wtedy, gdy podciągał jej koszulkę nocną i ściągał jej babcine majtasy, które nalegała, by zakładać jej na pieluchę dla dorosłych, którą nosiła.

- Dobrze? – wymamrotał, kiedy miał ją taką, jaką potrzebował mieć.

- Dziękuję, kochanie – szepnęła.

Chwytając przedramiona tak mocno, jak tylko mogła, co było słabe, wykręcił dłonie, by trzymać ją tak delikatnie, jak tylko mógł i nadal wykonać zadanie, które należało wykonać. Trzymał ją mocno, podczas gdy ona powoli celowała tyłkiem w kibel.

Gdy tylko do tam dotarła, nie patrząc na nią, wyszedł, przymykając za sobą drzwi tak, że były nadal uchylone.

Nigdy nie ścielił swojego łóżka. Nawet gdy zmieniał pościel poprzedniego dnia, rzucał ją, rzucał na to kołdrę i to wszystko.

Każdego dnia ścielił łóżko Jean.

- Gotowe, Shepherd! - zawołała.

Rzucił poduszkę pod wezgłowie łóżka i wrócił do łazienki.

Zostawił ją tam, gdzie była i włączył prysznic, żeby było miło i gorąco, gdy ją tam zabierze.

A potem zatańczyli taniec, który tańczyli każdego ranka od lat, po tym, jak złapał ręcznik i podał go jej. Nie zerknął na nią, a kiedy podniósł jej chude ciało, ręcznik miał już na sobie.

Zrobił się całkowicie mokry, ale kupił jej mnóstwo ręczników, żeby mogli zużyć trzy lub cztery, albo ilekolwiek byłoby trzeba, żeby mogła zachować skromność i wziąć prysznic.

- Krzycz, piękna, tak? - powiedział, wciąż na nią nie patrząc i kierując się do drzwi.

- Oczywiście - mruknęła.

Zamknął je na całą szparę i wszedł do kuchni.

Zaparzył kawę i sprawdził jej pudełko z tabletkami. Następnie jej zapas leków. Niektóre kończyły się jej, więc zapisał to na jej liście zakupów, zobaczył, że lista jest długa, więc ją zerwał i wsadził do tylnej kieszeni.

Spojrzał na jej fotel, zobaczył, że upuściła książkę na podłogę, więc wiedział, że ją skończyła. Oznaczało to, że podszedł do stosu, który dla niej ułożył w sposób, w jaki chciała, i zrobił rotację, aby miała duży stos książek, dzięki czemu zawsze miała jakąś do czytania pod ręką, nawet jeśli skończyła jedną lub zaczęła trzy, a nie podobało jej się, jak to w niej szło.

Sprawdził jej butelkę Baileysa[2] i zobaczył, że miała tego wystarczająco, ale zanotował sobie w myślach, aby ją zaopatrzyć. Posprzątał miejsce, przygotował je na dzień, w tym napełnił dzbanek z wodą, wystawił obok szklankę, jej fikuśną szklankę na Baileysa, kiedy nadszedłby na niego czas, a potem wrócił do jej pokoju.

Świeże babcine majtasy. Świeża pielucha. Biustonosz. Szlafrok.

Dzięki wyczuciu czasu, jakie dała mu długa praktyka, skończył porządkować całe to gówno dokładnie wtedy, kiedy usłyszał, jak go zawołała.

Wrócił do łazienki, a ona siedziała cała mokra na siedzisku w wannie z ręcznikiem na brzuchu, mrugając do niego. Każdego ranka, kiedy skończyła brać prysznic, była to najcenniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek widział.

Z wyjątkiem może Jaggera lata temu, małego motocyklisty noszącego fioletową bandanę swojej mamy.

Hound ułożył jej rzeczy na cały dzień, ale w zasięgu ręki, zakręcił prysznic, wziął świeży ręcznik i przeszli przez całą procedurę, która oznaczała, że ​​ona i Hound ją ubrali, ona się upudrowała, nałożyła Chanel No. 5, on zapiął jej stanik i uporządkował jej dolną połowę, a potem ona wyszła za nim z balkonikiem na swój wygodny fotel.

Był w kuchni, zaczynając robić śniadanie.

Dwa sadzone jajka lekko podpieczone: niedużo soli, dużo pieprzu. Dwa kawałki tostu: na wpół spalone i posmarowane masłem. Do tego albo otwierał puszkę jakiejś śmierdzącej ryby, albo dawał jej kilka pasków solonego łososia.

Zaczął to gówno i podszedł do jej fotela z kawą i tabletkami.

Odłożyła grzebień, którym przeczesywała mokre włosy, gdy nalał jej pierwszą szklankę wody tego dnia, a gdy łyknęła kawy i odstawiła kubek, podał jej tabletki i szklankę.

- Mój słodki chłopcze – mruknęła, wzięła je, połknęła tabletki i odstawiła szklankę na jeden z dwóch zatłoczonych stolików, które stały po obu stronach jej fotela, by wrócić do kawy.

Hound wrócił do kuchni, która, podobnie jak jego, była otwarta na salon.

- Idę na zakupy – zawołał stamtąd.

- Mam braki? – zapytała.

- Kilka rzeczy - uśmiechnął się i wiedziała, że ​​słyszała to w jego głosie, gdy powiedział - Chociaż nie Baileys.

- Cóż, dzięki Bogu za to – powiedziała, zanim usłyszał włączony telewizor i zaczął brzmieć poranny program.

- Masz mało czasopism? - zapytał.

- Muszę zebrać plotki, Shepherd - odpowiedziała.

To znaczyło tak.

Pozwolił, by jajka się robiły, tosty się rumieniły i wyciągnął listę zakupów, by dodać do niej Baileysa i plotkarskie szmatławce, żeby nie zapomnieć.

Schował ją z powrotem.

- Co masz zaplanowane na dziś? - zapytała.

Zrobić jej zakupy. Załatwić jej sprawy. Wróć i przynieść jej lunch. A potem kontynuować próby dopadnięcia maniaka, a jeśli okażą się one daremne, jak to miało miejsce przez ostatnie miesiące, rozpoznać popleczników maniaka, aby Hound mógł znaleźć słabe ogniwo, a podczas tego starać się nie jechać do Keely, nie rzucić się do jej łóżka i nie dymać jej do eksplozji mózgu.

- Będę pracować w sklepie – powiedział jej.

- To brzmi fajnie.

Poza momentami, gdy zabierał ją do lekarza, dentysty lub synagogi w Jom Kipur, Pesach, Rosz Haszana i w podobne dni, nie wychodziła z tego mieszkania.

Więc dla Jean wszystko brzmiało fajnie.

Po przewróceniu jajek wyciągnął do niej ekspres do kawy i podgrzał jej kubek.

- Dziękuję, motek – mruknęła.

Pochylił się i pocałował czubek jej mokrych włosów.

Potem poszedł i przygotował jej śniadanie do podania.

Przesunął przed nią stolik z telewizorem, po czym postawił ją z serwetką i sztućcami, po czym wrócił do kuchni, żeby wziąć swoją kawę.

Po wzięciu kubka wrócił do Jean i rozłożył się na jej kanapie.

Wziął łyk i mruknął - Muszę zadzwonić do tej kobiety, żeby zrobiła ci włosy.

Przełknęła trochę jajka i odpowiedziała - Prawdopodobnie już czas.

- Chcesz, żeby zrobiła ci też paznokcie i stopy? - zapytał.

- Lubiłabym - powiedziała mu coś, co wiedział.

- W takim razie to załatwię.

Kiedy brał kolejny łyk, nagle jej spojrzenie powędrowało w jego stronę.

- Słyszałam kobietę krzyczącą w twoim mieszkaniu ostatniej nocy.

Kurwa mać.

- Masz dziewczynę? - zapytała.

- Jean… - Hound zaczął, wiercąc się na kanapie.

- Potrzebujesz dziewczyny, Shepherd – wyszeptała - Dlaczego taki przystojny, słodki chłopak jak ty nie ma dziewczyny, naprawdę nigdy nie rozumiałam. O takiej, która krzyczy na ciebie po tym, jak ją nastraszysz na śmierć, teraz będziemy musieli porozmawiać.

Nie rozumiałaby, dlaczego był sam, bo dla niej był słodkim chłopakiem, a dla świata absolutnie nie.

Ale nie wiedziała też, że, odkąd skończył osiemnaście lat, był zakochany w kobiecie, której nie mógł mieć.

Tej samej, która na niego krzyczała.

- Była bardzo zdenerwowana - Jean zauważyła do swoich jajek i łososia.

- To przyjaciółka.

Jej wzrok przesunął się na niego - Przyjaciele nie denerwują się tak na przyjaciół. Zwłaszcza kobiety na mężczyzn.

Wiedział wszystko o Jean. To się zaczęło od chwili, gdy zobaczył ją dziewięć lat temu, jak sunęła korytarzem, żonglując torbami z zakupami, bo była zbyt słaba, by sobie z nimi poradzić, i mówiąc mu wprost, że nie ma nikogo, kto mógłby jej pomóc.

Wiedział, że nigdy nie była zamężna. Wiedział, że straciła narzeczonego w Korei. Wiedział, że nigdy się z tym nie pogodziła i żyła samotnie. Bez mężczyzny. Bez dzieci. Przyjaciele w końcu padali jak muchy.

Jedyną pomocą, jaką akceptowała, były wizyty rabina i kilku członków jej społeczności.

I Hound’a.

Nie potrafił pojąć, jak to się stało. W jednej chwili pomagał jej wnieść zakupy do jej kawalerki. W drugiej odwracał wzrok, żeby mogła usiąść na siku lub wziąć prysznic przy nim, nie upokarzając jej zbytnio. Uznał, że postęp był wystarczająco naturalny, gdy zaczęła mu coraz bardziej ufać: zakupy, gotowanie dla niej, rozkładanie jej fotela, przynoszenie jej środków czystości, pomaganie jej w pójściu spać.

I oto tam byli.

Rozmawiał z nią o wynajęciu pomocy, ale ona nie chciała o tym słyszeć. Jej emerytura była gówniana, nie było jej na nią stać (tak myślała) i odmówiła, żeby Hound pomógł jej finansowo. Na szczęście częścią tego postępu było to, że pozwoliła mu płacić rachunki, robić jej zakupy spożywcze, a on wykorzystywał wystarczająco dużo jej gotówki, więc gdyby się temu przyjrzała, a jakiś czas temu przestała to robić, zobaczyłaby, że stan jej konta maleje. Tylko nie tak bardzo, jak robiłyby to wtedy, gdyby nie płacił jej czynszu i rachunków, nie kupował jej artykułów spożywczych, nie pokrywał nadwyżki na jej opiekę medyczną i nie miał umowy z jej sprzątaczką i fryzjerem, żeby mówili jej, że ich koszty stanowią jedną czwartą tego, ile faktycznie.

Na długo przed tym, zanim poznał Chaos, był hulaką i awanturnikiem, dlatego rodzice go wyrzucili z domu. Podobnie jak rodzice Keely, byli prostolinijni, mieli kije w tyłkach i czuli, że życie chrześcijańskie było ważniejsze niż próba zrozumienia ich chłopca, który po prostu nie był prostolinijny, nienawidził kościoła i był intensywny w sposób, który ich przerażał, ale nie mieli ochoty wkładać wysiłku w zrozumienie, skąd to się wzięło.

Już w wieku siedemnastu lat zgłosił się jako rekrut Chaosu.

Dzięki wsparciu Tacka przyjęli go jako rekruta, gdy miał osiemnaście lat.

I najwyraźniej potrafił chować urazę, bo kiedy już znalazł rodzinę, której chciał, nigdy nie oglądał się na tę, która go nie chciała. A najwyraźniej dla nich nie była to żadna strata, bo oni też nie przyszli go szukać.

Nie miał pojęcia, w jaki sposób przyjął Jean Gutenberg jako swoją rodzinę. Nie wiedział, czy on ją adoptował, czy ona jego.

Ale była żydowską babcią ateistycznego motocyklisty, której nigdy w życiu nie spodziewał się mieć.

I kochał ją całym sercem.

- Nigdy o tym nie rozmawialiśmy, ale słysząc, jak zdenerwowana była ta młoda kobieta, myślę, że nadszedł czas, abyśmy to zrobili – powiedziała mu.

- To przyjaciółka. Wdowa po moim kumplu.

Jej wyblakłe niebieskie oczy stały się zaniepokojone, a potem zmartwione.

- Och, Shepherd – wyszeptała.

- Minęło trochę czasu, odkąd z kilkoma innymi kumplami opiekowaliśmy się nią i jej dziećmi. Ponieważ musiałem kilka razy opuścić pracę, kiedy robiłem dla niej rzeczy, które normalnie robię, była wkurzona. Teraz wszystko jest w porządku.

To ostatnie było kłamstwem, a kiedy Hound rozmawiał o tym z kimś, kogo miał dupie, kłamał.

Z Jeanem zrobiło mu się niedobrze.

- Może – zaczęła.

- To tylko przyjaciółka, kochanie – przerwał jej cicho.

- Nie młodniejesz. Musisz pomyśleć o ustatkowaniu się. Znalezieniu kobiety. Założeniu rodziny – podzieliła się.

- Mam rodzinę.

- Swojej własnej, motek – dodała.

Uśmiechnął się szeroko - Mam własną rodzinę, Jean, robaczku. Jest dobrze. Wszystko jest dobrze.

Nagle te wyblakłe, niebieskie oczy wpatrzone w niego stały się przenikliwe - Jesteś najłagodniejszą, najłagodniejszą duszą, jaką kiedykolwiek miałam przy sobie. Jeśli nie dasz tego dziecku, Shepherd, to przepadnie to na tym świecie, a to byłoby tak straszne, że trudno byłoby się z tym pogodzić.

Jej słowa wbiły mu do głowy myśl, że Keely miała czterdzieści trzy lata.

Blisko, by to zakończyć, ale prawdopodobnie jeszcze nie przeszła.

Miała też dwudziestojednoletniego syna, dziewiętnastoletniego, i prawdopodobnie nie chciałaby zaczynać tego gówna od nowa w jej wieku.

Tack i jego kobieta, Tyra, nie wahali się ani chwili, zanim zaczęli od nowa, po tym jak Tyra weszła w to z Tack’iem, lata po tym, jak pozbył się suki, która była jego pierwszą żoną, Naomi. Jego córka z Naomi właśnie dała Tack’owi jego pierwszego wnuka, chłopca, a jego dwoje najmłodszych z Tyrą było niewiele starszych od ich siostrzeńca.

To działało w tej rodzinie.

Myśl o tym, że miałby powiedzieć Dutchowi i Jaggerowi, że zapłodnił ich matkę, sprawiała, że ​​chciało mu się rzygnąć.

Myśl, że w ogóle ma takie myśli, sprawiała, że ​​chciał skopać sobie tyłek.

- Była głośna, a potem nie słyszałam niczego przez długi czas, w tym otwieranych i zamykanych twoich drzwi, Shepherd - powiedziała ostro - Chociaż słyszałam to później, bardzo późno. To mnie obudziło. Czy byłeś na filmie późnym wieczorem? Z nią?

To nie była niczyja sprawa.

Z wyjątkiem Jean.

- Zajęło mi trochę czasu, żeby ją uspokoić - wykręcił się.

- Na pewno tak było - odpowiedziała, wpatrując się w niego, podnosząc kubek z kawą do ust i nie odrywając od niego wzroku.

- To, co się stało, nie powinno się było wydarzyć. Jest wdową po moim zmarłym kumplu - powiedział jej.

- Powiem ci, Shepherdzie Ironside, że w niektórych kulturach obowiązkiem brata, który żyje, jest poślubienie porzuconej żony, aby mieć pewność, że będzie się o nią troszczyć.

- To nie jest nasza kultura - przypomniał jej, a na pewno nie była to kultura Chaosu.

- Może tak powinno być. Może kobiety, które zmagają się z tym, nie byłyby bardzo samotne, a niektóre z nich są z dziećmi, nie musiałyby tak bardzo męczyć się, a ich dzieci miałyby w życiu stałego mężczyznę, który by o nie dbał i dał im zrozumienie, że warto się nimi opiekować, bo taka jest prawda.

Nagle Hound zastanawiał się, co kryło się za tą emocją.

- O kim tu mówimy, Jean, Robaczku? - zapytał cicho - Mówimy o Keely czy o kimś innym?

- Mój Haim nie miał brata, tylko młodszą siostrę, a ona była rozpieszczonym, zepsutym bachorem.

Hound się odprężył i uśmiechnął do niej.

- Jestem stara, ale nie głupia i powiem ci, że jestem pewna, że ​​nie stosowałaś dżentelmeńskiego zachowania, żeby ją uspokoić stwierdziła.

Absolutnie nie o to chodziło.

Nie odpuściła mu.

- Jednak mimo wszystko, mimo to, jaki jest dzisiejszy świat, dzisiejszy dżentelmen też nie wyrzuciłby jej za drzwi w środku nocy. Musiała wracać do swoich dzieci?

Dutch miał własne mieszkanie. Jag najczęściej nocował u niego, bo był jego bratem, a nie matką, ale także dlatego, że jego mieszkanie było bliżej miejsca, w którym Jag uczył się mechaniki.

Więc nie tylko ich wiek sprawiał, że Keely nie musiała do nich wracać.

- Jej dzieci są już dorosłe - powiedział jej.

- Więc to, że musiałeś opiekować się mną, sprawiło, że ją odesłałeś - oświadczyła.

- Jean, ona odeszła, bo chciała odejść. Nie miało to nic wspólnego z tobą.

Poczuł, jak kawa, którą łyknął, po tym, jak jej to dał, utkwiła mu w gardle, gdy powiedziała - Ty wspierasz mnie i siebie, Shepherd. Wygląda na to, że nie masz zbyt wielu potrzeb, samotni mężczyźni często ich nie mają, chyba że mają drogie hobby, którego ty nie masz. Ale widać, że masz pieniądze. Dlaczego wciąż mieszkasz w tych okropnych mieszkaniach?

Cóż, teraz było jasne, że zwracała większą uwagę na swoje konta, niż mu się wydawało.

- Jean…

- To przeze mnie - przemówiła, przerywając mu.

Tak było.

- Jean, Robaczku...

- Jestem tutaj, bo mieszkam tu od pięćdziesięciu trzech lat i nie było tak, kiedy się wprowadziłam, a ja po prostu nie mam siły się wyprowadzić. Ale co więcej, nie mam pieniędzy, żeby to zrobić. Jesteś tutaj, w tej kawalerce, w złej części miasta, dokładnie tam, gdzie teraz siedzisz po zrobieniu mi śniadania, przeze mnie. Wrócisz, żeby upewnić się, że zjem lunch. Wrócisz i pomożesz mi położyć się spać. Chłopcze, w twoim wieku nie potrzebujesz kobiety, która, jak  ja tobie, wisi mu jak albatros u szyi. Potrzebujesz kobiety, którą będziesz kochać i dzieci, które będziesz wychowywać, ale co więcej, potrzebujesz kobiety, która cię kocha. Myślę, że nadszedł czas, żebyśmy znów porozmawiali o kimś, kto przyjdzie pomóc, i zdecydowanie nadszedł czas, abyśmy omówili to, ile pieniędzy wkładasz w opiekę nade mną.

- Nie mam nic przeciwko – powiedział cicho.

- Cóż, ja mam – odparła stanowczo.

W porządku.

Skończył.

Tak skończył, że został wmanewrowany w dyskusję, którą przestali prowadzić dwa lata temu.

- Jeśli ja nie mam, to jak ty możesz? – zapytał zwięźle - Czy przyszło ci do głowy, że budzenie się ze świadomością, że dostanę dawkę ciebie i że mam coś ważnego do zrobienia w ciągu dnia, a także dbanie o ciebie i wspieranie Keely i jej chłopaków, to jedyne, co wydaje mi się w porządku, poza tym, że moi bracia dają mi swoją miłość. Ale na to ostatnie zasłużyłem. Reszta to prezenty i chcesz, żebym z tego zrezygnował? Wyprowadzić się. Zostawić cię komu, Jean? Jakiejś bezdusznej firmie, która oferuje opiekę, a ty jesteś tylko nazwiskiem na ich codziennej liście do odhaczenia, a oni mają cię w dupie?

- Język, Shepherd – mruknęła.

Hound zacisnął usta.

- Co drugi poranek ogarnia mnie depresja, kiedy przychodzi czas, żebyś pomógł mi wziąć prysznic – wyszeptała.

- Mnie nie. Mam to w… poważaniu.

Pokręciła głową - Masz w sobie piękno, motek, nie rozumiem, dlaczego nie oferujesz tego kobiecie.

- Nie rozumiesz, bo jedyną kobietą, której bym na to pozwolił, jest Keely, a jej facet nie żyje od siedemnastu lat, a ona wciąż go kocha, jak pierwszego dnia, kiedy na niego spojrzała.

Chryste, dlaczego on jej to dawał?

Może dlatego, że musiał to powiedzieć na głos, żeby o tym pamiętać.

Jej głos był pełen żalu, kiedy powiedziała - Shepherd.

- Nie martw się, Jean. Żyłem z tym tak długo, że po prostu tak jest, bo to wszystko, co może być.

- A ta jej wizyta ostatniej nocy?

- Powiedziała mi coś niefajnego i poczuła się z tym źle. Wie, że jestem jej, a ona straciła jedną z trzech najważniejszych rzeczy w swoim życiu, a dla kobiety, jaką jest, to jest taka ważne. Ja taka nie jesteś, ale ona nie miała ochoty mnie stracić. Więc upewniła się, że to się nie stanie.

- Czy ta... ta... kobieta cię wykorzystuje?

Pokręcił głową - Nie można cię wykorzystać, kiedy wyrywasz się, by być trzymanym na sznurku.

Teraz kolej Jean na zamknięcie ust.

Szybko się z tym pogodziła.

- Nie jestem pewna, co czuję w związku z tą sytuacją.

- Kochała go miłością, która sprawiła, że ​​nawet ja zacząłem się zastanawiać, czy istnieje Bóg, ponieważ tylko coś boskiego mogło stworzyć takie piękno.

Pochyliła się ku niemu nad stolikiem telewizyjnym, jej twarz była szczera - Proszę, znajdź to dla siebie.

- To nie jest dla mężczyzny takiego jak ja – pouczył ją.

Odchyliła się do tyłu - Jak to możliwe?

Przez większość czasu był wobec niej szczery. To właśnie dawał swojej Jean.

Ale w niektórych kwestiach się powstrzymywał.

Teraz wyrzucił to z siebie.

- Ponieważ mężczyzna, którym jestem tutaj dla ciebie, nie jest mężczyzną, którym jestem, kiedy wychodzę za te drzwi. A mężczyzna, którym jestem dla Keely i jej synów, jest mężczyzną, którym muszę być, żeby zastąpić tego, którego stracili. Ale mężczyzna, którym jestem, nie ma w sobie nic boskiego.

- Bardzo się mylisz - stwierdziła zirytowana.

- Mam rację pod każdym względem - odparł.

- Nie możesz być różnymi mężczyznami, Shepherdzie Ironside. Jesteś jednym i tym samym mężczyzną, który musi być inny w różnych momentach swojego życia i dla różnych ludzi. Nie możesz mi powiedzieć i wmawiać sobie, że cokolwiek zrobiłeś w swoim życiu, nie miałeś ku temu powodów. Więc nie w tym domu, Shepherd. Nie, siedząc naprzeciwko mnie. Nie uwłaczaj sobie, patrząc prosto na mnie. Nie dałam tego głupio, bo jesteś drugim mężczyzną w osiemdziesięciu dziewięciu latach, któremu dałam moją miłość. Wiem, jakim jesteś mężczyzną i może to nie jest boskie, ale jest błogosławione, ponieważ mam szczęście, że jesteś tutaj ze mną.

Hound spojrzał na jej telewizor, gardło mu się zamknęło.

Jean nie przejmowała się tym, że straciła jego wzrok.

Nie przestawała na niego patrzeć.

- Teraz, jeśli ta kobieta nie widzi tego błogosławieństwa, to musisz znaleźć w sobie siłę, by utwardzić swoje serce na nią i znaleźć kogoś, kto to zrobi. Ona jest tam, Shepherd. Czeka. Jest zagubiona i samotna i potrzebuje cię w swoim życiu. Więc przestań się wygłupiać i znajdź ją.

Hound zwrócił na nią uwagę, marszcząc brwi.

- Jeśli to sprawi, że zamilkniesz na ten temat, okej. Tak zrobię - ustąpił - Ale nadal cię obserwuję, nadal się o ciebie troszczę i nie chcę słyszeć ani słowa więcej na ten temat. A tu ​​chodzi o pieniądze.

- Mam własne pieniądze - odparła.

- Masz też moje - odpalił.

- Mogę sama płacić.

- Powodzenia, skoro nie możesz odbierać własnej poczty i nie masz swojej cholernej książeczki czekowej.

Spojrzała na niego gniewnie.

Pchnął - Więc jesteśmy kwita?

- W porządku - warknęła.

- Świetnie - odgryzł się.

Spojrzała na swój talerz.

Hound podniósł się z kanapy, mrucząc - Rozwalasz mi tyłek, a to zrobiło się zimne. Odgrzeję to.

- Jestem pewna, że jest w porządku - odpowiedziała Jean. Wyciągnął jej talerz spod widelca i spojrzał jej w oczy.

- W porządku, to za mało dla mojej Jean.

Łzy napłynęły jej do oczu.

Żeby nie musiał być świadkiem tych bzdur, zabrał jej talerz do kuchni i zniszczył go.

Przyniósł ją z powrotem do niej gorące.

Potem usiadł na jej kanapie, wypił kawę i obejrzał poranny program, w którym był pewien, że z radością zabiłby każdą osobę na nim - i nic z tego nie miałoby dobrych powodów, poza tym, że nikt nie mógłby wykonać tej beznadziejnej podróbki wesołości tak wcześnie rano, oprócz nich - ale był też pewien, że nie byłyby to godne morderstwa.

Jean zjadła śniadanie.

Hound pozmywał naczynia.

I zostawił ją z jej stosami książek i czasopismami, które odłożyła, pilotem tuż obok, świeżym dzbankiem z wodą, Baileysem i pudełkiem czekoladek pod ręką, obiecując, że wróci z zakupami i przyniesie jej lunch.

*****

Było coś, czym powinien był zająć się dawno temu.

Ale nigdy tego nie zrobił.

Więc po poranku z Jean wrócił do niej z zakupami spożywczymi, plotkami i lekami, umówionym spotkaniem z jej fryzjerem, doprowadził ją do toalety i przyniósł jej lunch. Kiedy wrócił do Chaosu, zobaczył Mustanga Tyry u stóp schodów do biura Ride - warsztatu motocyklowego i samochodowego, który Chaos prowadził i obsługiwał, a Tyra zarządzała biurem - i zobaczył, jak Tack wchodził przez te drzwi, Hound ruszył w tamtą stronę.

Otworzył drzwi i był wdzięczny, widząc tam tylko Tacka i Tyrę, swojego brata siedzącego przy biurku jego kobiety, kobietę siedzącą na obrotowym fotelu za nim, który miała podciągnięty blisko jej mężczyzny.

Oboje spojrzeli na niego, kiedy wszedł.

Zamknął drzwi.

- Muszę zająć wam trochę czasu – powiedział.

- Mam wyjść? – zapytała Tyra.

- Nie, Cherry – odpowiedział, używając przezwiska, które nadali jej bracia, a które miało wiele wspólnego z jej włosami, ale można też powiedzieć, że było też słodkie (Tack nazywał ją Red, to było Tacka, a ponieważ nikt go nie używał, nawet jego starsze dzieci, które nie były jej dziećmi) - Mam na myśli was dwoje.

Tack stał się czujny. Tyra nie spuszczała z niego wzroku.

Hound rozpoczął to.

- Mam kobietę, która coś dla mnie znaczy.

Oczy Tyry zrobiły się wielkie, a Tack wpatrywał się w niego, mężczyzna, który był mistrzem w ukrywaniu rzeczy, których nie chciał widzieć, nie potrafił ukryć szoku.

Może Jean miała rację.

Może nadszedł czas, żeby przestać pieprzyć się z groupies motocyklistów (i zdecydowanie z Keely) i znaleźć kobietę, z którą mógłby mieć dzieci.

Albo coś.

Cholera, miał trzydzieści dziewięć lat, był motocyklistą i spędził siedemnaście lat... tęskniąc.

Jezu.

- Ona ma osiemdziesiąt dziewięć lat i mieszka w mieszkaniu obok mojego - kontynuował Hound.

Oboje się odprężyli.

- Ona ma mnie i nikogo innego oprócz mnie - stwierdził.

Oboje znów stali się czujni.

- Jeśli coś mi się stanie, muszę zaufać, że ktoś się nią zajmie. I proszę was, żebyście to zrobili.

Tyra rozchyliła usta.

Tack wyprostowała się od biurka i zwróciła się do Hound.

- Opiekujesz się osiemdziesięciodziewięcioletnią kobietą? - zapytała cicho Tyra.

- Zakupy spożywcze, czynsz, upewniam się, że ma zapas książek, plotkarskie szmatławce, opłacone rachunki za leczenie, opiekę osobistą, każę lasce przyjść i zrobić jej fryzurę.

- Opieka osobista? - wyszeptała Tyra.

Popatrzył na nią - Ona mi ufa.

Po tych słowach jej usta otworzyły się szeroko.

Hound spojrzał na Tacka - Jeśli nie możesz, poproszę Tab i Shy’a. Tab jest pielęgniarką. Ona...

Tack mu przerwał - Zajmiemy się nią.

Hound skinął głową.

- Jak coś mi się stanie, powiedz jej to delikatnie - zażądał.

Tack skinął głową.

- Nic ci się nie stanie, Hound przerwała Tyra.

A Graham Black wracał do domu z pizzą dla swojej rodziny, gdy ktoś napadł na niego na parkingu i poderżnął mu gardło, zanim ten zdążył zacząć walczyć o życie.

- Gówno się zdarza, jeśli to się stanie mnie, chcę wiedzieć, że zajmiecie się Jean - odpowiedział.

Jej twarz stwardniała.

To było słodkie.

- Nic ci się nie stanie, Hound – powtórzyła.

Spojrzał na nią, a potem na jej mężczyznę.

- Jean? – zapytał Tack.

- Gruenberg – odpowiedział Hound.

Tack znów skinął głową.

Przeniósł spojrzenie na Tyrę, kiedy powiedział - To nie jest niczyja sprawa, tylko moja.

Powiedział to, bo kobieta Tacka była przepiękna, słodka, była fantastyczną starszą panią, kochającą żoną i niesamowitą matką.

Ale też uwielbiała gadać.

- To nie opuści tego pokoju – zapewnił go Tack.

Ale Hound nie oderwał wzroku od Tyry.

Zakreśliła krzyż na sercu, uniosła palce i zrobiła to z uśmiechem.

Stwierdził, że przyjmie to i będzie miał nadzieję, że mówiła poważnie. Cholera wie, jakie gówno będzie musiał zjeść, jeśli chłopcy dowiedzą się o Jean.

- Jasne – mruknął Hound - Skończyłem – kontynuował, wciąż mrucząc - Później – dokończył.

Po czym wyszedł.


 



[1] Motek - z jidysz - człowiek góra, wielkolud (?)

[2] Baileys - likier kawowy

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz