ROZDZIAŁ 2
Kobieta, która cię kocha
Następnego
ranka po tym, jak Hound kupił pościel, jego budzik zadzwonił.
A
on nie wcisnął drzemki.
Wyłączył
go, wytoczył się z łóżka, poszedł do łazienki, odlał się, umył ręce, umył zęby,
ochlapał twarz i pachy wodą, po czym wrócił do sypialni, żeby założyć dżinsy,
koszulkę, skarpetki i buty.
Wyszedł,
wziął klucze, otworzył drzwi, przeszedł przez nie i przeszedł korytarzem do
drzwi obok swoich.
Nie
zawahał się, kiedy włożył trzy różne klucze do trzech różnych zamków, otworzył
je i wszedł.
Nie
zawahał się też, kiedy przechodził przez zagracony pokój, który był o wiele
czystszy od jego pokoju, bo płacił sprzątaczce, by raz w tygodniu przychodziła
do tego mieszkania, odkurzała, myła, sprzątała łazienki, zmieniała pościel, a
także zabierała i przynosiła pranie.
Hound
nie wahał się ani chwili w drodze do swojej porannej lokalizacji, do której
podróżował każdego dnia, ale zatrzymał się przy uchylonych drzwiach. Drzwiach
do sypialni, które były w ścianie dzielącej ją z salonem.
Zapukał
w framugę.
-
Wstałaś? - zawołał.
Otrzymał
zwykłą odpowiedź - Tak, kochanie.
Hound
otworzył drzwi i nie wahał się wejść, patrząc na kobietę w łóżku.
-
Yo - przywitał się, uśmiechając się do niej.
Odwzajemniła
uśmiech.
Zatrzymał
się przy jej łóżku.
-
Co robimy dziś rano? - zapytał.
-
Prysznic, motek[1].
Okej?
Skinął
głową. Sięgnął na bok, żeby złapać jej chodzik, ustawił go tak, jak tego
potrzebowała, a następnie przesunął się tak, jak musiał, ściągając kołdrę i
ostrożnie chwytając wątłe, szczupłe ciało babci w koszuli nocnej.
Z
czasem przeszli przez kolejne ruchy, aż miała na sobie kapcie i dłonie mocno
zaciśnięte na chodziku.
Odwrócił
się od niej i pozwolił jej iść w stronę łazienki, podczas gdy on sam do niej wszedł.
Sprawdził
kąt nachylenia słuchawki prysznicowej, siedzisko w wannie, nie żeby kiedykolwiek
zmieniły pozycję, skoro on i jej sprzątaczka byli jedynymi osobami, które ich
dotykały, ale musiało być tak, jak być musiało, więc Hound nigdy nie omieszkał
tego sprawdzić.
Sprawdził
także ręczniki i przeniósł jej gówno z miejsca, w którym było, by nie
przeszkadzało, do miejsca, gdzie będzie musiała je chwycić, gdy nadejdzie czas.
Weszła
za nim, a on pomógł jej zająć pozycję. Z praktyką potrafił odwrócić wzrok nawet
wtedy, gdy podciągał jej koszulkę nocną i ściągał jej babcine majtasy, które nalegała,
by zakładać jej na pieluchę dla dorosłych, którą nosiła.
-
Dobrze? – wymamrotał, kiedy miał ją taką, jaką potrzebował mieć.
-
Dziękuję, kochanie – szepnęła.
Chwytając
przedramiona tak mocno, jak tylko mogła, co było słabe, wykręcił dłonie, by
trzymać ją tak delikatnie, jak tylko mógł i nadal wykonać zadanie, które
należało wykonać. Trzymał ją mocno, podczas gdy ona powoli celowała tyłkiem w
kibel.
Gdy
tylko do tam dotarła, nie patrząc na nią, wyszedł, przymykając za sobą drzwi
tak, że były nadal uchylone.
Nigdy
nie ścielił swojego łóżka. Nawet gdy zmieniał pościel poprzedniego dnia, rzucał
ją, rzucał na to kołdrę i to wszystko.
Każdego
dnia ścielił łóżko Jean.
-
Gotowe, Shepherd! - zawołała.
Rzucił
poduszkę pod wezgłowie łóżka i wrócił do łazienki.
Zostawił
ją tam, gdzie była i włączył prysznic, żeby było miło i gorąco, gdy ją tam
zabierze.
A
potem zatańczyli taniec, który tańczyli każdego ranka od lat, po tym, jak
złapał ręcznik i podał go jej. Nie zerknął na nią, a kiedy podniósł jej chude
ciało, ręcznik miał już na sobie.
Zrobił
się całkowicie mokry, ale kupił jej mnóstwo ręczników, żeby mogli zużyć trzy
lub cztery, albo ilekolwiek byłoby trzeba, żeby mogła zachować skromność i
wziąć prysznic.
-
Krzycz, piękna, tak? - powiedział, wciąż na nią nie patrząc i kierując się do
drzwi.
-
Oczywiście - mruknęła.
Zamknął
je na całą szparę i wszedł do kuchni.
Zaparzył
kawę i sprawdził jej pudełko z tabletkami. Następnie jej zapas leków. Niektóre kończyły
się jej, więc zapisał to na jej liście zakupów, zobaczył, że lista jest długa,
więc ją zerwał i wsadził do tylnej kieszeni.
Spojrzał
na jej fotel, zobaczył, że upuściła książkę na podłogę, więc wiedział, że ją skończyła.
Oznaczało to, że podszedł do stosu, który dla niej ułożył w sposób, w jaki
chciała, i zrobił rotację, aby miała duży stos książek, dzięki czemu zawsze
miała jakąś do czytania pod ręką, nawet jeśli skończyła jedną lub zaczęła trzy,
a nie podobało jej się, jak to w niej szło.
Sprawdził
jej butelkę Baileysa[2] i
zobaczył, że miała tego wystarczająco, ale zanotował sobie w myślach, aby ją
zaopatrzyć. Posprzątał miejsce, przygotował je na dzień, w tym napełnił dzbanek
z wodą, wystawił obok szklankę, jej fikuśną szklankę na Baileysa, kiedy
nadszedłby na niego czas, a potem wrócił do jej pokoju.
Świeże
babcine majtasy. Świeża pielucha. Biustonosz. Szlafrok.
Dzięki
wyczuciu czasu, jakie dała mu długa praktyka, skończył porządkować całe to gówno
dokładnie wtedy, kiedy usłyszał, jak go zawołała.
Wrócił
do łazienki, a ona siedziała cała mokra na siedzisku w wannie z ręcznikiem na
brzuchu, mrugając do niego. Każdego ranka, kiedy skończyła brać prysznic, była
to najcenniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek widział.
Z
wyjątkiem może Jaggera lata temu, małego motocyklisty noszącego fioletową
bandanę swojej mamy.
Hound
ułożył jej rzeczy na cały dzień, ale w zasięgu ręki, zakręcił prysznic, wziął
świeży ręcznik i przeszli przez całą procedurę, która oznaczała, że ona
i Hound ją
ubrali, ona się upudrowała, nałożyła Chanel No. 5, on zapiął jej stanik i
uporządkował jej dolną połowę, a potem ona wyszła za nim z balkonikiem na swój
wygodny fotel.
Był
w kuchni, zaczynając robić śniadanie.
Dwa
sadzone jajka lekko podpieczone: niedużo soli, dużo pieprzu. Dwa kawałki tostu:
na wpół spalone i posmarowane masłem. Do tego albo otwierał puszkę jakiejś
śmierdzącej ryby, albo dawał jej kilka pasków solonego łososia.
Zaczął
to gówno i podszedł do jej fotela z kawą i tabletkami.
Odłożyła
grzebień, którym przeczesywała mokre włosy, gdy nalał jej pierwszą szklankę
wody tego dnia, a gdy łyknęła kawy i odstawiła kubek, podał jej tabletki i
szklankę.
-
Mój słodki chłopcze – mruknęła, wzięła je, połknęła tabletki i odstawiła
szklankę na jeden z dwóch zatłoczonych stolików, które stały po obu stronach
jej fotela, by wrócić do kawy.
Hound
wrócił do kuchni, która, podobnie jak jego, była otwarta na salon.
-
Idę na zakupy – zawołał stamtąd.
-
Mam braki? – zapytała.
-
Kilka rzeczy - uśmiechnął się i wiedziała, że słyszała to w jego głosie, gdy powiedział - Chociaż nie Baileys.
-
Cóż, dzięki Bogu za to – powiedziała, zanim usłyszał włączony telewizor i
zaczął brzmieć poranny program.
-
Masz mało czasopism? - zapytał.
-
Muszę zebrać plotki, Shepherd - odpowiedziała.
To
znaczyło tak.
Pozwolił,
by jajka się robiły, tosty się rumieniły i wyciągnął listę zakupów, by dodać do
niej Baileysa i plotkarskie szmatławce, żeby nie zapomnieć.
Schował
ją z powrotem.
-
Co masz zaplanowane na dziś? - zapytała.
Zrobić
jej zakupy. Załatwić jej sprawy. Wróć i przynieść jej lunch. A potem kontynuować
próby dopadnięcia maniaka, a jeśli okażą się one daremne, jak to miało miejsce
przez ostatnie miesiące, rozpoznać popleczników maniaka, aby Hound mógł znaleźć
słabe ogniwo, a podczas tego starać się nie jechać do Keely, nie rzucić się do
jej łóżka i nie dymać jej do eksplozji mózgu.
-
Będę pracować w sklepie – powiedział jej.
-
To brzmi fajnie.
Poza
momentami, gdy zabierał ją do lekarza, dentysty lub synagogi w Jom Kipur,
Pesach, Rosz Haszana i w podobne dni, nie wychodziła z tego mieszkania.
Więc
dla Jean wszystko brzmiało fajnie.
Po
przewróceniu jajek wyciągnął do niej ekspres do kawy i podgrzał jej kubek.
-
Dziękuję, motek – mruknęła.
Pochylił
się i pocałował czubek jej mokrych włosów.
Potem
poszedł i przygotował jej śniadanie do podania.
Przesunął
przed nią stolik z telewizorem, po czym postawił ją z serwetką i sztućcami, po
czym wrócił do kuchni, żeby wziąć swoją kawę.
Po
wzięciu kubka wrócił do Jean i rozłożył się na jej kanapie.
Wziął
łyk i mruknął - Muszę zadzwonić do tej kobiety, żeby zrobiła ci włosy.
Przełknęła
trochę jajka i odpowiedziała - Prawdopodobnie już czas.
-
Chcesz, żeby zrobiła ci też paznokcie i stopy? - zapytał.
-
Lubiłabym - powiedziała mu coś, co wiedział.
-
W takim razie to załatwię.
Kiedy
brał kolejny łyk, nagle jej spojrzenie powędrowało w jego stronę.
-
Słyszałam kobietę krzyczącą w twoim mieszkaniu ostatniej nocy.
Kurwa
mać.
-
Masz dziewczynę? - zapytała.
-
Jean… - Hound zaczął, wiercąc się na kanapie.
-
Potrzebujesz dziewczyny, Shepherd – wyszeptała - Dlaczego taki przystojny,
słodki chłopak jak ty nie ma dziewczyny, naprawdę nigdy nie rozumiałam. O takiej,
która krzyczy na ciebie po tym, jak ją nastraszysz na śmierć, teraz będziemy
musieli porozmawiać.
Nie
rozumiałaby, dlaczego był sam, bo dla niej był słodkim chłopakiem, a dla świata
absolutnie nie.
Ale
nie wiedziała też, że, odkąd skończył osiemnaście lat, był zakochany w
kobiecie, której nie mógł mieć.
Tej
samej, która na niego krzyczała.
-
Była bardzo zdenerwowana - Jean zauważyła do swoich jajek i łososia.
-
To przyjaciółka.
Jej
wzrok przesunął się na niego - Przyjaciele nie denerwują się tak na przyjaciół.
Zwłaszcza kobiety na mężczyzn.
Wiedział
wszystko o Jean. To się zaczęło od chwili, gdy zobaczył ją dziewięć lat temu,
jak sunęła korytarzem, żonglując torbami z zakupami, bo była zbyt słaba, by
sobie z nimi poradzić, i mówiąc mu wprost, że nie ma nikogo, kto mógłby jej
pomóc.
Wiedział,
że nigdy nie była zamężna. Wiedział, że straciła narzeczonego w Korei.
Wiedział, że nigdy się z tym nie pogodziła i żyła samotnie. Bez mężczyzny. Bez
dzieci. Przyjaciele w końcu padali jak muchy.
Jedyną
pomocą, jaką akceptowała, były wizyty rabina i kilku członków jej społeczności.
I
Hound’a.
Nie
potrafił pojąć, jak to się stało. W jednej chwili pomagał jej wnieść zakupy do
jej kawalerki. W drugiej odwracał wzrok, żeby mogła usiąść na siku lub wziąć
prysznic przy nim, nie upokarzając jej zbytnio. Uznał, że postęp był
wystarczająco naturalny, gdy zaczęła mu coraz bardziej ufać: zakupy, gotowanie
dla niej, rozkładanie jej fotela, przynoszenie jej środków czystości, pomaganie
jej w pójściu spać.
I
oto tam byli.
Rozmawiał
z nią o wynajęciu pomocy, ale ona nie chciała o tym słyszeć. Jej emerytura była
gówniana, nie było jej na nią stać (tak myślała) i odmówiła, żeby Hound pomógł
jej finansowo. Na szczęście częścią tego postępu było to, że pozwoliła mu
płacić rachunki, robić jej zakupy spożywcze, a on wykorzystywał wystarczająco
dużo jej gotówki, więc gdyby się temu przyjrzała, a jakiś czas temu przestała
to robić, zobaczyłaby, że stan jej konta maleje. Tylko nie tak bardzo, jak robiłyby
to wtedy, gdyby nie płacił jej czynszu i rachunków, nie kupował jej artykułów
spożywczych, nie pokrywał nadwyżki na jej opiekę medyczną i nie miał umowy z
jej sprzątaczką i fryzjerem, żeby mówili jej, że ich koszty stanowią jedną
czwartą tego, ile faktycznie.
Na
długo przed tym, zanim poznał Chaos, był hulaką i awanturnikiem, dlatego
rodzice go wyrzucili z domu. Podobnie jak rodzice Keely, byli prostolinijni,
mieli kije w tyłkach i czuli, że życie chrześcijańskie było ważniejsze niż
próba zrozumienia ich chłopca, który po prostu nie był prostolinijny,
nienawidził kościoła i był intensywny w sposób, który ich przerażał, ale nie
mieli ochoty wkładać wysiłku w zrozumienie, skąd to się wzięło.
Już
w wieku siedemnastu lat zgłosił się jako rekrut Chaosu.
Dzięki
wsparciu Tacka przyjęli go jako rekruta, gdy miał osiemnaście lat.
I
najwyraźniej potrafił chować urazę, bo kiedy już znalazł rodzinę, której
chciał, nigdy nie oglądał się na tę, która go nie chciała. A najwyraźniej dla
nich nie była to żadna strata, bo oni też nie przyszli go szukać.
Nie
miał pojęcia, w jaki sposób przyjął Jean Gutenberg jako swoją rodzinę. Nie
wiedział, czy on ją adoptował, czy ona jego.
Ale
była żydowską babcią ateistycznego motocyklisty, której nigdy w życiu nie
spodziewał się mieć.
I
kochał ją całym sercem.
-
Nigdy o tym nie rozmawialiśmy, ale słysząc, jak zdenerwowana była ta młoda
kobieta, myślę, że nadszedł czas, abyśmy to zrobili – powiedziała mu.
-
To przyjaciółka. Wdowa po moim kumplu.
Jej
wyblakłe niebieskie oczy stały się zaniepokojone, a potem zmartwione.
-
Och, Shepherd – wyszeptała.
-
Minęło trochę czasu, odkąd z kilkoma innymi kumplami opiekowaliśmy się nią i
jej dziećmi. Ponieważ musiałem kilka razy opuścić pracę, kiedy robiłem dla niej
rzeczy, które normalnie robię, była wkurzona. Teraz wszystko jest w porządku.
To
ostatnie było kłamstwem, a kiedy Hound rozmawiał o tym z kimś, kogo miał dupie,
kłamał.
Z
Jeanem zrobiło mu się niedobrze.
-
Może – zaczęła.
-
To tylko przyjaciółka, kochanie – przerwał jej cicho.
-
Nie młodniejesz. Musisz pomyśleć o ustatkowaniu się. Znalezieniu kobiety. Założeniu
rodziny – podzieliła się.
-
Mam rodzinę.
-
Swojej własnej, motek – dodała.
Uśmiechnął
się szeroko - Mam własną rodzinę, Jean, robaczku. Jest dobrze. Wszystko jest
dobrze.
Nagle
te wyblakłe, niebieskie oczy wpatrzone w niego stały się przenikliwe - Jesteś
najłagodniejszą, najłagodniejszą duszą, jaką kiedykolwiek miałam przy sobie.
Jeśli nie dasz tego dziecku, Shepherd, to przepadnie to na tym świecie, a to
byłoby tak straszne, że trudno byłoby się z tym pogodzić.
Jej
słowa wbiły mu do głowy myśl, że Keely miała czterdzieści trzy lata.
Blisko,
by to zakończyć, ale prawdopodobnie jeszcze nie przeszła.
Miała
też dwudziestojednoletniego syna, dziewiętnastoletniego, i prawdopodobnie nie
chciałaby zaczynać tego gówna od nowa w jej wieku.
Tack
i jego kobieta, Tyra, nie wahali się ani chwili, zanim zaczęli od nowa, po tym
jak Tyra weszła w to z Tack’iem, lata po tym, jak pozbył się suki, która była
jego pierwszą żoną, Naomi. Jego córka z Naomi właśnie dała Tack’owi jego
pierwszego wnuka, chłopca, a jego dwoje najmłodszych z Tyrą było niewiele
starszych od ich siostrzeńca.
To
działało w tej rodzinie.
Myśl
o tym, że miałby powiedzieć Dutchowi i Jaggerowi, że zapłodnił ich matkę,
sprawiała, że chciało mu się rzygnąć.
Myśl,
że w ogóle ma takie myśli, sprawiała, że chciał skopać sobie tyłek.
-
Była głośna, a potem nie słyszałam niczego przez długi czas, w tym otwieranych
i zamykanych twoich drzwi, Shepherd - powiedziała ostro - Chociaż słyszałam to
później, bardzo późno. To mnie obudziło. Czy byłeś na filmie późnym wieczorem?
Z nią?
To
nie była niczyja sprawa.
Z
wyjątkiem Jean.
-
Zajęło mi trochę czasu, żeby ją uspokoić - wykręcił się.
-
Na pewno tak było - odpowiedziała, wpatrując się w niego, podnosząc kubek z kawą
do ust i nie odrywając od niego wzroku.
-
To, co się stało, nie powinno się było wydarzyć. Jest wdową po moim zmarłym
kumplu - powiedział jej.
-
Powiem ci, Shepherdzie Ironside, że w niektórych kulturach obowiązkiem brata,
który żyje, jest poślubienie porzuconej żony, aby mieć pewność, że będzie się o
nią troszczyć.
-
To nie jest nasza kultura - przypomniał jej, a na pewno nie była to kultura
Chaosu.
-
Może tak powinno być. Może kobiety, które zmagają się z tym, nie byłyby bardzo
samotne, a niektóre z nich są z dziećmi, nie musiałyby tak bardzo męczyć się, a
ich dzieci miałyby w życiu stałego mężczyznę, który by o nie dbał i dał im
zrozumienie, że warto się nimi opiekować, bo taka jest prawda.
Nagle
Hound zastanawiał się, co kryło się za tą emocją.
-
O kim tu mówimy, Jean, Robaczku? - zapytał cicho - Mówimy o Keely czy o kimś
innym?
-
Mój Haim nie miał brata, tylko młodszą siostrę, a ona była rozpieszczonym,
zepsutym bachorem.
Hound
się odprężył i uśmiechnął do niej.
-
Jestem stara, ale nie głupia i powiem ci, że jestem pewna, że nie
stosowałaś dżentelmeńskiego zachowania, żeby ją uspokoić – stwierdziła.
Absolutnie
nie o to chodziło.
Nie
odpuściła mu.
-
Jednak mimo wszystko, mimo to, jaki jest dzisiejszy świat, dzisiejszy
dżentelmen też nie wyrzuciłby jej za drzwi w środku nocy. Musiała wracać do
swoich dzieci?
Dutch
miał własne mieszkanie. Jag najczęściej nocował u niego, bo był jego bratem, a
nie matką, ale także dlatego, że jego mieszkanie było bliżej miejsca, w którym
Jag uczył się mechaniki.
Więc
nie tylko ich wiek sprawiał, że Keely nie musiała do nich wracać.
-
Jej dzieci są już dorosłe - powiedział jej.
-
Więc to, że musiałeś opiekować się mną, sprawiło, że ją odesłałeś -
oświadczyła.
-
Jean, ona odeszła, bo chciała odejść. Nie miało to nic wspólnego z tobą.
Poczuł,
jak kawa, którą łyknął, po tym, jak jej to dał, utkwiła mu w gardle, gdy
powiedziała - Ty wspierasz mnie i siebie, Shepherd. Wygląda na to, że nie masz
zbyt wielu potrzeb, samotni mężczyźni często ich nie mają, chyba że mają drogie
hobby, którego ty nie masz. Ale widać, że masz pieniądze. Dlaczego wciąż
mieszkasz w tych okropnych mieszkaniach?
Cóż,
teraz było jasne, że zwracała większą uwagę na swoje konta, niż mu się
wydawało.
-
Jean…
-
To przeze mnie - przemówiła, przerywając mu.
Tak
było.
-
Jean, Robaczku...
-
Jestem tutaj, bo mieszkam tu od pięćdziesięciu trzech lat i nie było tak, kiedy
się wprowadziłam, a ja po prostu nie mam siły się wyprowadzić. Ale co więcej,
nie mam pieniędzy, żeby to zrobić. Jesteś tutaj, w tej kawalerce, w złej części
miasta, dokładnie tam, gdzie teraz siedzisz po zrobieniu mi śniadania, przeze
mnie. Wrócisz, żeby upewnić się, że zjem lunch. Wrócisz i pomożesz mi położyć
się spać. Chłopcze, w twoim wieku nie potrzebujesz kobiety, która, jak ja tobie, wisi mu jak albatros u szyi.
Potrzebujesz kobiety, którą będziesz kochać i dzieci, które będziesz
wychowywać, ale co więcej, potrzebujesz kobiety, która cię kocha. Myślę, że
nadszedł czas, żebyśmy znów porozmawiali o kimś, kto przyjdzie pomóc, i
zdecydowanie nadszedł czas, abyśmy omówili to, ile pieniędzy wkładasz w opiekę
nade mną.
-
Nie mam nic przeciwko – powiedział cicho.
-
Cóż, ja mam – odparła stanowczo.
W
porządku.
Skończył.
Tak
skończył, że został wmanewrowany w dyskusję, którą przestali prowadzić dwa lata
temu.
-
Jeśli ja nie mam, to jak ty możesz? – zapytał zwięźle - Czy przyszło ci do
głowy, że budzenie się ze świadomością, że dostanę dawkę ciebie i że mam coś
ważnego do zrobienia w ciągu dnia, a także dbanie o ciebie i wspieranie Keely i
jej chłopaków, to jedyne, co wydaje mi się w porządku, poza tym, że moi bracia
dają mi swoją miłość. Ale na to ostatnie zasłużyłem. Reszta to prezenty i
chcesz, żebym z tego zrezygnował? Wyprowadzić się. Zostawić cię komu, Jean?
Jakiejś bezdusznej firmie, która oferuje opiekę, a ty jesteś tylko nazwiskiem
na ich codziennej liście do odhaczenia, a oni mają cię w dupie?
-
Język, Shepherd – mruknęła.
Hound
zacisnął usta.
-
Co drugi poranek ogarnia mnie depresja, kiedy przychodzi czas, żebyś pomógł mi
wziąć prysznic – wyszeptała.
-
Mnie nie. Mam to w… poważaniu.
Pokręciła
głową - Masz w sobie piękno, motek,
nie rozumiem, dlaczego nie oferujesz tego kobiecie.
-
Nie rozumiesz, bo jedyną kobietą, której bym na to pozwolił, jest Keely, a jej
facet nie żyje od siedemnastu lat, a ona wciąż go kocha, jak pierwszego dnia,
kiedy na niego spojrzała.
Chryste,
dlaczego on jej to dawał?
Może
dlatego, że musiał to powiedzieć na głos, żeby o tym pamiętać.
Jej
głos był pełen żalu, kiedy powiedziała - Shepherd.
-
Nie martw się, Jean. Żyłem z tym tak długo, że po prostu tak jest, bo to
wszystko, co może być.
-
A ta jej wizyta ostatniej nocy?
-
Powiedziała mi coś niefajnego i poczuła się z tym źle. Wie, że jestem jej, a
ona straciła jedną z trzech najważniejszych rzeczy w swoim życiu, a dla kobiety,
jaką jest, to jest taka ważne. Ja
taka nie jesteś, ale ona nie miała ochoty mnie stracić. Więc upewniła się, że
to się nie stanie.
-
Czy ta... ta... kobieta cię wykorzystuje?
Pokręcił
głową - Nie można cię wykorzystać, kiedy wyrywasz się, by być trzymanym na
sznurku.
Teraz
kolej Jean na zamknięcie ust.
Szybko
się z tym pogodziła.
-
Nie jestem pewna, co czuję w związku z tą sytuacją.
-
Kochała go miłością, która sprawiła, że nawet
ja zacząłem się zastanawiać, czy istnieje Bóg, ponieważ tylko coś boskiego mogło stworzyć takie piękno.
Pochyliła
się ku niemu nad stolikiem telewizyjnym, jej twarz była szczera - Proszę,
znajdź to dla siebie.
-
To nie jest dla mężczyzny takiego jak ja – pouczył ją.
Odchyliła
się do tyłu - Jak to możliwe?
Przez
większość czasu był wobec niej szczery. To właśnie dawał swojej Jean.
Ale
w niektórych kwestiach się powstrzymywał.
Teraz
wyrzucił to z siebie.
-
Ponieważ mężczyzna, którym jestem tutaj dla ciebie, nie jest mężczyzną, którym
jestem, kiedy wychodzę za te drzwi. A mężczyzna, którym jestem dla Keely i jej
synów, jest mężczyzną, którym muszę być, żeby zastąpić tego, którego stracili.
Ale mężczyzna, którym jestem, nie ma w sobie nic boskiego.
-
Bardzo się mylisz - stwierdziła zirytowana.
-
Mam rację pod każdym względem - odparł.
-
Nie możesz być różnymi mężczyznami, Shepherdzie Ironside. Jesteś jednym i tym
samym mężczyzną, który musi być inny w różnych momentach swojego życia i dla
różnych ludzi. Nie możesz mi powiedzieć i wmawiać sobie, że cokolwiek zrobiłeś
w swoim życiu, nie miałeś ku temu powodów. Więc nie w tym domu, Shepherd. Nie,
siedząc naprzeciwko mnie. Nie uwłaczaj sobie, patrząc prosto na mnie. Nie dałam
tego głupio, bo jesteś drugim mężczyzną w osiemdziesięciu dziewięciu latach,
któremu dałam moją miłość. Wiem, jakim jesteś mężczyzną i może to nie jest
boskie, ale jest błogosławione, ponieważ mam szczęście, że jesteś tutaj ze mną.
Hound
spojrzał na jej telewizor, gardło mu się zamknęło.
Jean
nie przejmowała się tym, że straciła jego wzrok.
Nie
przestawała na niego patrzeć.
-
Teraz, jeśli ta kobieta nie widzi tego błogosławieństwa, to musisz znaleźć w
sobie siłę, by utwardzić swoje serce na nią i znaleźć kogoś, kto to zrobi. Ona
jest tam, Shepherd. Czeka. Jest zagubiona i samotna i potrzebuje cię w swoim
życiu. Więc przestań się wygłupiać i znajdź ją.
Hound
zwrócił na nią uwagę, marszcząc brwi.
-
Jeśli to sprawi, że zamilkniesz na ten temat, okej. Tak zrobię - ustąpił - Ale
nadal cię obserwuję, nadal się o ciebie troszczę i nie chcę słyszeć ani słowa
więcej na ten temat. A tu chodzi o pieniądze.
-
Mam własne pieniądze - odparła.
-
Masz też moje - odpalił.
-
Mogę sama płacić.
-
Powodzenia, skoro nie możesz odbierać własnej poczty i nie masz swojej
cholernej książeczki czekowej.
Spojrzała
na niego gniewnie.
Pchnął
- Więc jesteśmy kwita?
-
W porządku - warknęła.
-
Świetnie - odgryzł się.
Spojrzała
na swój talerz.
Hound
podniósł się z kanapy, mrucząc - Rozwalasz mi tyłek, a to zrobiło się zimne. Odgrzeję
to.
-
Jestem pewna, że jest w porządku
- odpowiedziała Jean. Wyciągnął jej talerz spod
widelca i spojrzał
jej w oczy.
-
W porządku, to za mało dla mojej Jean.
Łzy
napłynęły jej do oczu.
Żeby
nie musiał być świadkiem tych bzdur, zabrał jej talerz do kuchni i zniszczył
go.
Przyniósł
ją z powrotem do niej gorące.
Potem
usiadł na jej kanapie, wypił kawę i obejrzał poranny program, w którym był
pewien, że z radością zabiłby każdą osobę na nim - i nic z tego nie miałoby
dobrych powodów, poza tym, że nikt nie mógłby wykonać tej beznadziejnej
podróbki wesołości tak wcześnie rano, oprócz nich - ale był też pewien, że nie
byłyby to godne morderstwa.
Jean
zjadła śniadanie.
Hound
pozmywał naczynia.
I
zostawił ją z jej stosami książek i czasopismami, które odłożyła, pilotem tuż
obok, świeżym dzbankiem z wodą, Baileysem i pudełkiem czekoladek pod ręką,
obiecując, że wróci z zakupami i przyniesie jej lunch.
*****
Było
coś, czym powinien był zająć się dawno temu.
Ale
nigdy tego nie zrobił.
Więc
po poranku z Jean wrócił do niej z zakupami spożywczymi, plotkami i lekami,
umówionym spotkaniem z jej fryzjerem, doprowadził ją do toalety i przyniósł jej
lunch. Kiedy wrócił do Chaosu, zobaczył Mustanga Tyry u stóp schodów do biura
Ride - warsztatu motocyklowego i samochodowego, który Chaos prowadził i
obsługiwał, a Tyra zarządzała biurem - i zobaczył, jak Tack wchodził przez te
drzwi, Hound ruszył w tamtą stronę.
Otworzył
drzwi i był wdzięczny, widząc tam tylko Tacka i Tyrę, swojego brata siedzącego
przy biurku jego kobiety, kobietę siedzącą na obrotowym fotelu za nim, który
miała podciągnięty blisko jej mężczyzny.
Oboje
spojrzeli na niego, kiedy wszedł.
Zamknął
drzwi.
-
Muszę zająć wam trochę czasu – powiedział.
-
Mam wyjść? – zapytała Tyra.
-
Nie, Cherry – odpowiedział, używając przezwiska, które nadali jej bracia, a
które miało wiele wspólnego z jej włosami, ale można też powiedzieć, że było
też słodkie (Tack nazywał ją Red, to było Tacka, a ponieważ nikt go nie używał,
nawet jego starsze dzieci, które nie były jej dziećmi) - Mam na myśli was dwoje.
Tack
stał się czujny. Tyra nie spuszczała z niego wzroku.
Hound
rozpoczął to.
-
Mam kobietę, która coś dla mnie znaczy.
Oczy
Tyry zrobiły się wielkie, a Tack wpatrywał się w niego, mężczyzna, który był
mistrzem w ukrywaniu rzeczy, których nie chciał widzieć, nie potrafił ukryć
szoku.
Może
Jean miała rację.
Może
nadszedł czas, żeby przestać pieprzyć się z groupies motocyklistów (i
zdecydowanie z Keely) i znaleźć kobietę, z którą mógłby mieć dzieci.
Albo
coś.
Cholera,
miał trzydzieści dziewięć lat, był motocyklistą i spędził siedemnaście lat... tęskniąc.
Jezu.
-
Ona ma osiemdziesiąt dziewięć lat i mieszka w mieszkaniu obok mojego -
kontynuował Hound.
Oboje
się odprężyli.
-
Ona ma mnie i nikogo innego oprócz mnie - stwierdził.
Oboje
znów stali się czujni.
-
Jeśli coś mi się stanie, muszę zaufać, że ktoś się nią zajmie. I proszę was, żebyście
to zrobili.
Tyra
rozchyliła usta.
Tack
wyprostowała się od biurka i zwróciła się do Hound.
-
Opiekujesz się osiemdziesięciodziewięcioletnią kobietą? - zapytała cicho Tyra.
-
Zakupy spożywcze, czynsz, upewniam się, że ma zapas książek, plotkarskie
szmatławce, opłacone rachunki za leczenie, opiekę osobistą, każę lasce przyjść
i zrobić jej fryzurę.
-
Opieka osobista? - wyszeptała Tyra.
Popatrzył
na nią - Ona mi ufa.
Po
tych słowach jej usta otworzyły się szeroko.
Hound
spojrzał na Tacka - Jeśli nie możesz, poproszę Tab i Shy’a. Tab jest
pielęgniarką. Ona...
Tack
mu przerwał - Zajmiemy się nią.
Hound
skinął głową.
-
Jak coś mi się stanie, powiedz jej to delikatnie - zażądał.
Tack
skinął głową.
-
Nic ci się nie stanie, Hound przerwała Tyra.
A
Graham Black wracał do domu z pizzą dla swojej rodziny, gdy ktoś napadł na
niego na parkingu i poderżnął mu gardło, zanim ten zdążył zacząć walczyć o
życie.
-
Gówno się zdarza, jeśli to się stanie mnie, chcę wiedzieć, że zajmiecie się
Jean - odpowiedział.
Jej
twarz stwardniała.
To
było słodkie.
-
Nic ci się nie stanie, Hound – powtórzyła.
Spojrzał
na nią, a potem na jej mężczyznę.
-
Jean? – zapytał Tack.
-
Gruenberg – odpowiedział Hound.
Tack
znów skinął głową.
Przeniósł
spojrzenie na Tyrę, kiedy powiedział - To nie jest niczyja sprawa, tylko moja.
Powiedział
to, bo kobieta Tacka była przepiękna, słodka, była fantastyczną starszą panią,
kochającą żoną i niesamowitą matką.
Ale
też uwielbiała gadać.
-
To nie opuści tego pokoju – zapewnił go Tack.
Ale
Hound nie oderwał wzroku od Tyry.
Zakreśliła
krzyż na sercu, uniosła palce i zrobiła to z uśmiechem.
Stwierdził,
że przyjmie to i będzie miał nadzieję, że mówiła poważnie. Cholera wie, jakie
gówno będzie musiał zjeść, jeśli chłopcy dowiedzą się o Jean.
-
Jasne – mruknął Hound - Skończyłem – kontynuował, wciąż mrucząc - Później –
dokończył.
Po
czym wyszedł.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz