sobota, 28 grudnia 2024

14 - Straciłem rachubę

 

ROZDZIAŁ 14

Straciłem rachubę

Keely

 

Tej nocy wpatrywałam się w ciemność za oknem w mojej kuchni, jedząc ciasteczko i równocześnie trzymając telefon przy uchu.

Chłopcy zostawili mi sześć ciasteczek.

Prawdopodobnie powinnam była być wdzięczna, że w ogóle mi je zostawili.

Zrobiło się bardzo późno. Wykąpałam się i poszłam na całość. Ogoliłam nogi, bo nie goliłam się ani razu od dnia pogrzebu Jean, skoro już nie pieprzyłam Hound’a, więc uznałam, że nie musiałam zajmować się tym małym obowiązkiem.

Zrobiłam sobie też zabieg na twarz, bo nigdy, przenigdy nie próbowałabym zwrócić na siebie uwagi innego mężczyzny, ale to nie znaczyło, że nie zamierzałam mieć najlepszej skóry, jaką mogłam mieć, aż do dnia mojej śmierci. I zrobiłam sobie gorącą maseczkę z oleju na włosy, która sprawiła, że ​​błyszczały jeszcze bardziej, niż błyszczały naturalnie (Bóg mnie kochał i wiedziałam o tym, bo dał mi czerń na czas, kiedy go miałam, dał mi moich pięknych chłopców, dał mi długie nogi, świetny tyłek, metabolizm, za który większość kobiet by zabiła i cudownie lśniące włosy).

Teraz miałam na sobie majtki i czerwony szlafrok, który sięgał mi kilka cali nad kolana, miał szerokie i kobiece rękawy trzy czwarte, prawie jak dzwony, ale nie do końca, i był zrobiony z miękkiego bawełnianego materiału, który miał zapewniać ciepło lub chłód, w zależności od potrzeb.

I tak było.

Rozmawiałam też przez telefon z Bev.

- Więc to pewnie oficjalne - powiedziałam jej, żując ciasteczko - Spodziewam się telefonu w każdej chwili, że Jagger jest rekrutem Chaosu. Albo od Dutcha, bo chłopaki nawalą Jaga do tego stopnia, że ​​będzie wymiotował flakami przez cały następny tydzień.

- Cieszę się za ciebie, Keely - odpowiedziała Beverly cicho.

Jej ton wyprowadził mnie na prostą.

Ona i Boz nigdy nie mieli dzieci.

Tak było dlatego, że Boz wielokrotnie ją zdradzał, gdy byli razem. Chociaż, o ile wiem, nigdy nie zrobił tego gówna, gdy byli małżeństwem.

Z wyjątkiem jednego razu.

Co było powodem, dla którego go zostawiła.

A po tym, jak to zrobiła i próbowała się z nim pogodzić, nigdy jej nie przyjął z powrotem.

Wiedziałam, że Boz był jednym z tych motocyklistów, którzy uważali, że priorytety w życiu są uporządkowane w określonej kolejności: Klub, braterstwo, wolność, motocykl, kraj, a jeśli nie był ateistą, to Bóg. Jeśli w danym dniu zostało mu wystarczająco dużo siebie, żeby się przejmować, na końcu była jego kobieta.

Innymi słowy, myślał dokładnie, że mógł robić to, co chciał, a każdy w jego życiu musiał to znosić.

Bev była za tym w pełni, głównie. Kochała go. Nie była marudą. Miała życie. Właściwie, kochała życie. Kochała Klub. Chodziło jej o wolność, kraj, Boga, dobrą zabawę, przebywanie wśród ludzi, gdzie mogła być sobą, i podobał jej się Boz na jego motocyklu.

Nie przepadała za tym, że Boz sypiał z kobietami, które nie były nią.

Godziła się z tym, zanim dostała jego pierścionek (to mogło zacząć być jej problemem, chociaż zastanawiałam się, czy by z nią skończył, gdyby próbowała położyć temu kres, zanim przyjęła jego pierścionek).

Postawiła się, kiedy ją dostała.

To spowodowało ich pierwszą „małżeńską” kłótnię. Jedną z wielu. Ta pozornie naturalna (dla kobiety) ale ważna prośba, skoro dawała mu wolność bycia wszystkim innym, czego potrzebował, nie rozumiała, dlaczego nie mógł jej dać tego jednego. Ale on się temu sprzeciwiał, głównie kłócąc się z nią, czasami dając przyłapać się na pieszczotach lub obmacywaniu innych kobiet.

Chociaż, o ile wiem, do końca nie posunął się do końca, nie miało to dla mnie znaczenia. Nie miałam takiego nastawienia. Lizanie się było formą zdrady, obmacywanie tym bardziej zdecydowanie.

Na szczęście Black się ze mną zgadzał.

Ja byłam tym dla niego, a on dla mnie, całkowicie.

To nie pomagało, że Bev musiała nas oglądać, Blacka i mnie (kiedy Black żył). I jak bardzo całkowicie High był oddany Millie. I fakt, że Tack ledwo mógł znieść widok swojej pierwszej żony, Naomi, ale nigdy nie zbłądził.

Pozostali bracia czuli wówczas to samo, co Boz, co umacniało poglądy Boza (według Boza).

Od Bev słyszałam, że trochę to odwróciło się wraz ze wszystkim, co Tack zmienił w Klubie.

Teraz Tack, Hop, Dog i nowi bracia, Joker i Shy, nie wspominając już o tym, że Millie wróciła, więc High także, byli oddani swoim starszym paniom, tak jak High był kiedyś Millie.

Tak jak Black był oddany mnie.

Innymi słowy, podczas ich małżeństwa pojawiało się więcej kłótni, gdy Beverly odmawiała Boz’owi dziecka, skoro on odmawiałby jej wierności.

W końcu odmówił.

I na koniec, pomyślałam, że była zła, że trzymała się, nawet teraz, osobno, nie miała części z niego, tak jak ja miałam tyle z Blacka przez moich synów, ale po prostu przez fakt, że nie miała własnej rodziny.

Kochała moich chłopców. W przeciwieństwie do mojej własnej siostry i siostry Grahama (długa, paskudna historia), była dla nich wspaniałą ciocią i zawsze nią była.

Nadal kochała Klub, trzymając rękę na pulsie i na swój sposób zdobywając szacunek braci, których mogła zdobyć.

Zdecydowanie była szczęśliwa ze względu na mnie, na Jaga, że ​​przejął dziedzictwo swojego ojca.

Poznałam po jej głosie, że nadal ją bolało, że nie miała syna, który przejąłby to dziedzictwo.

- Musisz zerwać z tym facetem - oznajmiłam nagle.

- Keely… - zaczęła.

- Naprawdę musisz zerwać z tym facetem - powtórzyłam.

- Boz nigdy do mnie nie wróci - odpowiedziała.

- I co z tego? - zapytałam - Przegrał. Trzymaj się tego, czego chcesz.

- Nie ma ich tam wielu.

- Kogo to obchodzi? Poczekaj na jednego.

- Wiesz, ja nadal żyję głównie od wypłaty do wypłaty.

Nagła ostrość jej tonu sprawiła, że ​​znów wyprostowałam plecy.

- Beverly…

- To sprzedawca ubezpieczeń. Dobry. Zarabia dobre pieniądze. Jego klienci go uwielbiają. Generalnie jest bardzo sympatyczny. Mógłby odsprzedać London Bridge ludziom, którzy kupili nie ten, a nawet wskazać, że to nie ten, taki jest dobry sprzedawca. I myśli, że ze mną zdobył szczyty.

- Bo zdobył - powiedziałam, bo Boz może być trochę zwariowany, ale Bev była jak cheerleaderka-biker-babe, mając całą wylewność, słodycz, żywotność i uprzejmość, całkowicie „Go Team!” z błyszczącymi oczami dziewczyny z sąsiedztwa, które do tego pasowały.

- Jestem po prostu cholernie zmęczona tym wszystkim - stwierdziła.

A sposób, w jaki to powiedziała, brzmiał, jakby nie była tylko zmęczona, była wyczerpana.

- Zmęczona czym? - zapytałam cicho.

- Wszystkim. Płaceniem rachunków. Radzeniem sobie z przeciekającym dachem. Kupowaniem wszystkich artykułów spożywczych. Odkładaniem ich. Trzeba opróżnić zmywarkę. Nawet ja jako jedyna wkładam naczynia do tego cholerstwa.

- Chłopaki zajęliby się twoim dachem – zaproponowałam, wiedząc, że to było słabe.

Ale zajęliby się.

- Wiesz - zaczęła tonem, który sprawił, że ja, już czujna w naszej rozmowie, zaczęłam się przygotowywać - …ty i ja dałyśmy wszystko temu Klubowi. Oni o to nie prosili. To my dałyśmy im wszystko. I od dawna zastanawiam się, czy nie zmarnowałyśmy najlepszych lat naszego życia na lojalność wobec grupy mężczyzn, którzy z twojej strony odwdzięczyli się z poczucia winy, a z mojej strony nawet tego nie chcieli.

- Bev - szepnęłam.

Nadal była moją przyjaciółką, bo w przeciwieństwie do wszystkich innych, na początku, nie dawała mi spokoju.

Ale nigdy nie słyszałam, żeby powiedziała coś takiego.

- Więc poślubię agenta ubezpieczeniowego, który nie wiedziałby, jak dotrzeć do kobiecej łechtaczki, nawet gdyby miał pięćdziesięciostronicową instrukcję, ale mnie kocha. Nigdy by mnie nie zdradził. Jest przeszczęśliwy, że powiedziałam „tak”. Przyszedł w piątek wieczorem z koszykiem, który zrobiła jego sekretarka, wypełnionym magazynami ślubnymi, szampanem, ładnymi kieliszkami, pudełkiem czekoladek i karteczkami samoprzylepnymi. Powiedział, że spędzimy wieczór przeglądając magazyny, i chciałby, żebym przykleiła karteczkę do wszystkiego, co mi się spodoba.

Wow.

To było słodkie.

Ciągnęła dalej.

- Muszę więc poświęcić trochę czasu na zapoznanie go z moją łechtaczką. I nigdy nie czułam się z nim tak, jak wtedy, gdy rozśmieszyłam Boza. Nieważne. On jest kimś, kim Boz nie jest. Chaos nie jest. Dobrym dla mnie.

- Ja… - zaczęłam coś mówić, ale usłyszałam, że otwierają się moje drzwi wejściowe od frontu.

Odwróciłam się w tamtą stronę.

Chłopcy zwykle wchodzili z tyłu. Nie było niczym niezwykłym, że wchodzili od przodu.

Ale zwykle wchodzili z tyłu.

Może Dutch był tam, żeby powiedzieć mi osobiście, że przyjęli jego brata jako rekruta (Jag będzie świętował, chociaż jutro, nawet umierający, będzie sprzątał bałagan po świętowaniu, zaczynając od zero-ciemne-sto, bez względu na to, jaki to będzie bałagan).

Chociaż było to pewne, że Chaos go przyjmie, nadal nie mogłam sobie wyobrazić, dlaczego jeden z chłopców po prostu do mnie nie napisał.

- Możesz po prostu cieszyć się ze mnie i spróbować pomóc mi znaleźć drogę do szczęścia? - zapytała Bev.

Nie mogłam odpowiedzieć.

Nie od razu.

Hound stał w podwójnych drzwiach do mojej kuchni.

Kurtka Chaosu. Biała koszulka termiczna. Wyblakłe dżinsy, które robiły rzeczy z jego pokaźnym pakunkiem, za które każda kobieta, nawet taka, która nie interesuje się motocyklami, dałaby swoją ulubioną parę butów, swoją ukochaną torebkę i wszystko inne, o co by ją poproszono, aby z nią spróbował. Włosy nieuczesane i dzikie od jego jazdy, opadające na czoło i wpadające w te piękne niebieskie oczy, które były ostrożne i wpatrzone we mnie.

Innymi słowy, gorący.

Innymi słowy, gdyby nie był takim pieprzonym kutasem i nie rozmawiałabym przez telefon z Bev, zajęłoby mi to najwyżej sekundę, żebym się nad tym zastanowiła.

A potem rzuciłabym się na niego.

Wtedy przeklęłam dzień, w którym wstawiłam okna z podwójnymi szybami, żeby zastąpić stare. Przez resztę domu dopietego na ostatni guzik, będąc z tyłu w kuchni, nie słyszałam, żeby zbliżał się motocykl. Nigdy nic nie słyszałam.

Cholera.

A on miał klucz.

Wielu facetów miało klucze.

Zdecydowanie Hound.

Cholera!

Wpatrywałam się (dobrze, wgapiałam się) w jego czujne oczy i walczyłam, żeby nie rzucić w niego moim niedojedzonym ciastkiem.

- Keely? - zawołała Bev.

- Mogę to zrobić - powiedziałam jej.

Ulga dotarła do mnie przez telefon - Dzięki, kotku.

- Myślę, że jeden z chłopaków próbuje się do mnie dostać, żeby opowiedzieć mi o dzisiejszym spotkaniu – powiedziałam.

To nie było kłamstwo.

Hound był jednym z chłopaków.

- Okej, napisz do mnie, chociaż tak naprawdę nie musisz. Napisz do mnie mimo wszystko – poprosiła.

- Oczywiście. Później porozmawiamy więcej o twoim ślubie. Zwłaszcza o wieczorze panieńskim.

Hound przechylił głowę na bok, a jego wzrok powędrował do mojego telefonu przy uchu.

Wdzięczność niemal kapała z jej powtórzenia - Dzięki, kotku.

- Wyślę SMS-a później i zaplanujemy chwilę rozmowy na FaceTime – odpowiedziałam.

- Oczywiście. Później, Keely.

- Później, kochanie.

Odsunęłam telefon od ucha i upewniłam się, że połączenie zostało przerwane, zanim znów złapałam spojrzenie Hounda i otworzyłam usta, żeby mu dowalić.

Odezwał się przede mną.

- Powiedziałaś wcześniej to, co miałaś do powiedzenia, mała – powiedział delikatnie, jego głęboki głos otulał słowa jak przytulny koc - Nie mogłem z tobą o tym gadać, bo byli tu chłopaki i zbliżało się spotkanie. Spotkanie już za nami. Jag jest w Chaosie. Więc teraz jestem tutaj, żebyśmy mogli o tym wszystkim pogadać.

- Powiedziałeś wszystko, co chciałeś powiedzieć, Hound – zauważyłam - Teraz pozostało ci tylko zostawić klucz i wyjść z mojego domu.

- Keely…

- Wyjdź z mojego domu.

- Mała…

Racja.

Dosyć!

Rzuciłam w niego ciasteczkiem, odbiło się od jego ramienia, spadło na podłogę, a ja wrzasnęłam - Wyjdź z mojego domu!

Przez chwilę się na mnie gapił (a zauważę, że robił to i nie wyszedł z mojego domu), po czym jego wzrok padł na ciasteczko na podłodze.

Okej, ciasteczko było słabym ruchem i nie powinnam pozwolić mu zobaczyć, jak tracę spokój, zwłaszcza w tak słaby sposób, ale on nie miał zamiaru wychodzić z mojego domu.

Spojrzał na mnie.

- Rzuciłaś we mnie ciastkiem – stwierdził.

Czy jego usta się wygięły?

O nie, nie wygięły.

Ale wygięły.

Wygięły się!

- Uznałeś coś za zabawne? – zapytałam niebezpiecznie, powoli wyciągając rękę, by położyć telefon na blacie, żebym nie rzuciła nim również w niego.

- Rzuciłaś we mnie ciastkiem - Spojrzał na nie i z powrotem na mnie, zanim poprawił się - Połową ciastka.

- To nie jest zabawne, Hound.

Opróżnił twarz z rozbawienia.

- Jean umarła – powiedział cicho.

- To żadne wytłumaczenie.

Wzdrygnął się.

Chryste.

Hound się wzdrygnął.

Nadal powiedział cicho - Miałem popieprzoną głowę.

- Nie omieszkałeś mi tego przekazać – podzieliłam się sarkastycznie.

- Masz rację, przegapiłem znaki.

To przyznanie sprawiło, że zamknęłam się.

- Od kiedy wyszedłem wcześniej, mieliłem to w myślach – powiedział mi - Nie mam pojęcia, jakie głosy oddałem na dzisiejszym spotkaniu, a były ważne. Mam to w dupie. Myślałem tylko o tobie. O tym, co powiedziałaś. Co robiłaś. O wszystkim, co przegapiłem. I o tym, żeby wrócić tu i to rozwiązać.

To było dobre.

Ale to nie wystarczyło.

- Za późno – podzieliłam się.

- Skarbie…

- Wybaczyłbym ci wszystko, Hound. Wszystko - podkreśliłam - Nie dlatego, że stałeś na moim tylnym chodniku z krwią mordercy Blacka na sobie. Nie dlatego, że dałeś moim chłopcom wszystko. Ale dlatego, że jesteś dla mnie wszystkim. Tego, co powiedziałeś, co myślałeś, że zrobiłam, nie mogę wybaczyć.

- Rozpadłaś się, kiedy umarł – przypomniał mi.

- Oczywiście, że tak – warknęłam - Kochałam go. Był moim mężem. Był ojcem moich synów. I poderżnęli mu gardło. Więc oczywiście, że tak, Hound. Ale to było siedemnaście, prawie osiemnaście pieprzonych lat temu.

- Pozbierałaś się dwa miesiące temu, Keely, i nie próbuj mi mówić, że to nie wtedy to się stało. Wtedy to się stało. Dałaś mu tyle lat żałoby, a nagle jesteś u mnie w domu, rozbierasz się do naga, kusisz mnie, co, kurwa, myślałaś, że pomyślę?

- Nie to, że byłam po biker-seks – syknęłam.

Jego nastrój zaczął się pogarszać i mogłam to wyczuć nie tylko po jego wibracji, ale i po głosie.

- Żadnych oznak, nic przedtem, a nagle jesteś naga w moim salonie, Keekee.

- Znasz mnie lepiej niż to.

- Nie słyszałem nic o tym, że miałaś zamiar oddać kurtkę Blacka i jego motocykl, dopóki nie rozbiłem z tobą swojego zejścia. Więc co tam, kotku? Trzymałaś się tego nawet, gdy byłaś ze mną, więc przejdźmy do konkretów. Nie byłaś gotowa, żeby to wypuścić, dopóki nie zdałaś sobie sprawy, jak daleko zaszliśmy i nie pomyślałaś, że to stracone.

Chciał dotrzeć do sedna?

No cóż, zrobilibyśmy właśnie to.

- Gdyby jego kości mogły mówić, Hound, opowiedziałyby ci o wizycie, którą złożyłam im tuż przed tym, jak po raz pierwszy pojawiłam się w twoim mieszkaniu i powiedziałam mu przy jego nagrobku, że będzie musiał się z tym pogodzić i pozwolić ci mnie mieć, bo cię pragnę, a on musi pozwolić mi być wolną.

Wtedy Hound zamknął usta.

- No więc tak, ta ostatnia scena z tobą... - skinęłam głową - Tak. Nadszedł czas, żeby całkowicie odpuścić. Ale to bardziej dotyczyło moich chłopców, którzy mają dwadzieścia jeden i dziewiętnaście lat, prawie dwadzieścia dwa i dwadzieścia lat, i w końcu dostali to, co im się należało od ojca. Nie mogę powiedzieć, że nie miało to związku z tym gównem, które wydarzyło się z tobą. Mogę powiedzieć, że nastąpiłoby to wcześniej, gdybym nie poświęciła tyle czasu, żeby do ciebie dotrzeć, że nie miałam czasu na to. Kiedy skończyliśmy, poświęciłam ten czas. I teraz jest już po wszystkim. Wszystko.

- Jeszcze nie skończyliśmy - warknął.

- Ty dokonałeś wyboru, Hound. Ja tylko dostosowałam się.

- Ja ją znalazłem.

- Tak, zrobiłeś to – mruknęłam, odchylając się sugestywnie do tyłu, po czym pochyliłam się do przodu i warknęłam – I ją straciłeś.

- Nie mówię o tobie, Keely. Znalazłem martwą Jean.

Zamknęłam się.

- Byłem tylko ja i cholernie dziękowałem, że mnie miała, bo kto wie, jak długo leżała by martwa w łóżku, zanim ktoś ją by znalazł – podzielił się.

Okej.

Cholera.

Boże.

On ją znalazł.

Nie pomyślałam o tym, ale oczywiście, że tak.

Boże.

- Hound…

- Miałem namieszane w głowie przez ciebie i wiem na pewno, kurwa, że ​​gdyby nie fakt, że straciłem Jean i gdyby nie to, że to ja ją znalazłem, gdybym nie spędził dnia z ratownikami medycznymi, w szpitalu, nie dzwonił do jej rabina, nie załatwiał gówna, bo Żydzi próbują jak najszybciej położyć swoich do ziemi, to bym ciebie posłuchał. Nie miałem nastroju, żeby słuchać. I możesz nie uważać tego za wymówkę, mała. Ale ja ją kochałem, trzymałem jej zimną, martwą dłoń i wiedziałem, że umarła tuż za cholerną ścianą, gdzie byłem, umarła całkiem sama, więc się mylisz.

Tak.

Miał rację.

Myliłam się.

To była wymówka.

- Teraz… – ciągnął – mówisz, że nie możesz wybaczyć, że postawiłem go między nami, ty nie przedstawiłaś gówna, jakie powinnaś był, nawet wiedząc, że to gówno mieszało mi w głowie. I nie udawaj, że nie wiesz, o czym mówię. Dałaś mi to wcześniej, stojąc obok mnie na moim motocyklu. Nie powiedziałaś mi, jakie masz cele, przyjeżdżając do mnie, a wiedziałaś, że postawię go między nami. A ty dotknęłaś go ustami na moim ciele i wiedziałaś, że wtedy straciłem nad tym kontrolę, a ty nadal nie powiedziałaś ni chuja. Więc wkurwiłem się i strasznie spieprzyłem. Ale grałaś w tę grę o ogromne stawki, nie pozwalając mi na to, co byłoby ostateczną nagrodą, a życie kopnęło mnie prosto w jaja w środku gówna, zabierając nas tam, gdzie rozwalimy wszystko, a ja spieprzyłem. Zrobiłem to strasznie. Ty to wyłożyłaś. I jestem tutaj. Więc dokąd teraz zmierzamy, Keely? Zamierzasz się trzymać gówna, odciąć mnie i umrzeć samotnie pewnego dnia? Czy znajdziemy sposób, by to przezwyciężyć i dowiedzieć się, co dalej z chłopakami, z braćmi, i przedrzeć się przez to?

Mogłam się spierać o wiele rzeczy.

Ale w tej sekundzie zastanawiałam się, jaki byłby w tym sens.

Bo chciałam przedrzeć się przez to z Hound’em.

Nie miałam pojęcia, co miałabym powiedzieć, żeby mu to zakomunikować, musiałam po prostu coś powiedzieć.

Wyszło - Hound…

Ale to było wszystko, co z siebie wydusiłam.

Podniósł rękę, wnętrzem dłoni w moją stronę.

- Zanim powiesz cokolwiek, po pierwsze, jestem pieprzonym Shep’em dla ciebie, a po drugie, nawet gdy byłem na ciebie wkurzony, przekonany, że grałaś ze mną dla mojego kutasa, nie mogłem spać, przypominając sobie, jak położyłem ręce na tobie. Więc stoję tutaj i składam ci przysięgę, że to się nigdy więcej nie zdarzy. Nigdy, Keely. Cokolwiek z tego wyniknie, rozpracujemy to, cokolwiek stanie na naszej drodze, nigdy więcej nie będziesz musiała się tego ode mnie obawiać. Nigdy. Jeśli nie dasz mi nic po dzisiejszym zrobieniu tego przejazdu z Kompleksu tutaj, żeby to wyjaśnić, muszę cię błagać, żebyś mi to dała.

Muszę cię błagać, żebyś mi to dała.

– Wiedziałam, że chodziło o Jean – szepnęłam.

Wpatrywał się we mnie przez chwilę, zanim zamknął oczy i odwrócił głowę.

O tak.

Nawet będąc na mnie wkurzonym, myśląc to, co o mnie myślał, to właśnie sprawiło, że nie mógł zasnąć.

Mógł zrobić mi coś gorszego, taki duży facet jak on, absolutnie.

Ale zastanawiałam się, z tym, co mi zrobił, mimo że ja mu wybaczyłam, czy to było coś, co on sam mógłby wybaczyć sobie.

- Już ci to wybaczyłam – powiedziałam mu.

Otworzył oczy i popatrzył na mnie.

Nadzieja.

O mój Boże.

Jego oczy, oczy Hounda, te szalone, jasne lazurowe, błyszczały nadzieją.

On naprawdę, totalnie spieprzył sprawę.

Ale on naprawdę, totalnie mnie kochał.

- Chłopaki wiedzą o nas - podzieliłam się - Kazałeś rekrutom posprzątać, a potem to wyczyścić i masz nowe rzeczy, Jag przyszedł to sprawdzić. Zobaczył mój samochód u ciebie. Chyba obaj. Zgaduję, wielokrotnie. Jag nawet przyszedł i usłyszał nas razem w twoim mieszkaniu.

Nadzieja uleciała, a jej miejsce zajęło rozdrażnienie.

- Pieprzących się? - zapytał.

- Śmiejących się - odpowiedziałam.

Wypuścił oddech.

Prawie się zaśmiałam.

Zamiast tego podzieliłam się - Są na mnie wściekli, bo myśleli, że zerwałam z tobą dokładnie wtedy, gdy straciłeś Jean.

To sprawiło, że uniósł brwi - Bez jaj?

- Doceniłabym, gdybyś wyprowadził ich z błędu, że ich matka nie jest bezduszną suką, która porzuciła „ich” Hounda, a Dutch tak cię nazywał, „naszym”, dokładnie wtedy, gdy kobieta, na której mu zależało, umarła.

- Później do tego wrócę - odpowiedział.

- Lubią nas razem. Oni, cóż... chcą nas razem.

Hound nic na to nie odpowiedział.

Ale nadzieja wróciła.

Był gorący. Uwielbiałam na niego patrzeć. Zawsze uwielbiałam na niego patrzeć. Nawet gdy miałam Blacka.

Ale nigdy nie był dla mnie piękniejszy.

- Więc to tak, po prostu musimy sobie zjednać braci - paplałam.

- Kotku? - zapytał.

- Co? - zapytałam w odpowiedzi.

- Jak możesz sprawiać, żeby zwykły szlafrok wyglądał tak cholernie pięknie?

I rany, on też myślał, że byłam gorąca, bo ten szlafrok to było nic.

Wzruszyłam ramionami - Może dlatego, że nie mam na sobie nic poza majtkami pod spodem.

Znowu nadzieja prysła, ale tym razem zajęło jej miejsce coś, co sprawiło, że moje sutki zaczęły mrowić.

– Wypieprzę cię na kuchennym stole? - zapytał.

Moja cipka była mokra, a nogi zamieniły się w galaretę.

Jakimś cudem udało mi się utrzymać pozycję stojącą.

- Tak, proszę - wyszeptałam.

I nagle tam byłam, plecami na kuchennym stole, z majtkami na nogach, czując, jak ręka Hounda poruszała się między nimi, a potem czując, jak jego kutas wbijał się we mnie.

Okej, może pozwoliłam mu wyrwać się łatwo.

Ale podejrzewałam, że teraz będę miała o wiele łatwiej, więc było warto.

Później mogliśmy dogadać szczegóły.

Teraz byłam gotowa, żeby mój facet mnie wygrzmocił.

Wygięłam plecy, by sięgnąć w jego stronę i podniosłam obie dłonie, by zacisnąć je w jego włosach.

Wbił się we mnie, pochylił się nade mną, wpatrując się we mnie.

- Wiesz, ile razy myślałem o tym, żeby cię pieprzyć na tym stole? - zapytał z jękiem.

- Ile? - zapytałam (lub raczej wydyszałam) w odpowiedzi.

- Straciłem rachubę - odpowiedział.

- Hmmm - mruknęłam, oplatając nogi wokół jego bioder.

Zaczął robić to mocniej, jego twarz robiła się coraz ciemniejsza, a jego ramię owijało się wokół czubka mojej głowy, by pchnąć mnie w dół w jego pchnięcia.

Miłe.

- Pocałuj mnie, Shep - błagałam.

- Nie - odmówił.

- Nie? - zapytałam.

- Będę patrzył, jak cię pieprzę na kuchennym stole i będę patrzeć, jak dochodzisz dla mnie tutaj. Pocałuję cię później.

Całe moje ciało zadrżało.

Byłam gotowa na ten plan.

Jego usta drgnęły.

- To moja Keekee – mruknął - Ona lubi to tak.

- Po prostu jedź, kowboju – wyszeptałam i Boże, tydzień bez niego, a wystarczył jego kutas i jego walenie w moją łechtaczkę, żebym mogła się przetoczyć. Dotarłam tam jak strzała, wbiłam pięty w jego tyłek i szepnęłam - Shep.

- Idź - mruknął.

Ruszyłam. Zrobiłam to głośno. Zrobiłam to mocno. Zrobiłam to długo. To było fantastyczne. I w środku tego poczułam, jak Hound przetoczył się razem ze mną.

Boże, uwielbiałam słuchać, jak dochodził. Toczące się, warczące, niskie jęknięcie, które zawsze mi wydawał, sprawiło, że moja cipka automatycznie zadrżała w odpowiedzi.

Kiedy skończyłam i zaczęłam wynurzać się, zdałam sobie sprawę, że nie ślizgał się.

Był w środku, do końca, głęboko zakopany i wciąż mnie obserwował.

Tak. Hound był w środku.

Całkowicie.

Głęboko zakopany.

- Kochanie - powiedziałam cicho.

To wtedy mnie pocałował.

Puściłam jego włosy pięściami, ale trzymałam tył jego głowy w obu dłoniach i odwzajemniłam pocałunek.

Myślałam, że sprawi, że to potrwa długo. W końcu to było całowanie się na zgodę.

Nie zrobił tego.

A kiedy znów się odezwał, byłam zadowolona, ​​że ​​tego nie zrobił.

- Cholernie przepraszam, że tak wywaliłem na ciebie to gówno, mała. Powiedziałaś, że wywalamy najwięcej na tych, których kochamy, bo myślimy, że nam wybaczą, ale to nie jest fajne. I to nie było fajne. Ale kurwa, czułem to tak mocno, że nie mogłem tego przeboleć, a potem otworzyłaś tą furtkę i wszystko się zagotowało, a ja rzuciłem się na ciebie tak jak to zrobiłem i...

- Hound, Shep, kochanie – zagruchałam, przesuwając dłonie po jego włosach, pozwalając im spocząć po bokach jego głowy - Ja rozumiem.

- Kochałem go.

Znieruchomiałam. Hound był we mnie na kuchennym stole w domu, który kupił mi Black, gdzie wychowałam jego chłopców... z Hound’em.

- Nie wybaczyłbym mu tego - wyszeptał.

- Zamierzasz mnie uszczęśliwić?

- Zamierzam cholernie spróbować – odpowiedział.

- W takim razie zrobiłbyś to.

Spojrzał mi w oczy, zanim wsadził mi twarz w szyję.

Okej, wystarczy powiedzieć, że nie doceniałam walki, jaką Hound toczył w sobie, biorąc to, co należało do brata, nawet takiego, który już nie oddychał, bo oboje wiedzieliśmy, że w pewien sposób wciąż do niego należałam i część mnie zawsze będzie należała, nawet jeśli mogłam być wolna, by należeć do kogoś innego.

Wiedziałam, że było ciężko.

Nadal to nie doceniałam.

- Jean tego nie rozumiała – powiedział mi w szyję.

- Słucham?

Podniósł głowę - Jean tego nie rozumiała. Miała inną perspektywę. Straciła swojego mężczyznę, zanim mogła go naprawdę mieć, a potem pozwoliła, by jej życie uleciało, nie pozwalając sobie na nic. Nie rozumiała, dlaczego dwie żyjące, oddychające osoby, które się o siebie troszczyły, nie chciały trzymać się ze sobą - przesunął dłonią po mojej twarzy, a kciukiem po policzku - Zaczynam dostrzegać jej perspektywę.

Zrozumiałam coś w tym, że folgowanie skrajnemu żalowi może zaprowadzić cię do utraty życia.

Nienawidziłam tego w przypadku Jean.

Ale czułam się wspaniale, że położyłam temu kres i zrobiłam wszystko, by znaleźć trochę szczęścia.

Po prostu chciałam powiedzieć Jean, że oboje zamierzamy znaleźć trochę szczęścia.

Niestety, nie mogłam.

Miałam przeczucie, że ona i tak wiedziała.

Uśmiechnęłam się do niego drżąco - Dobrze.

- Chłopcy naprawdę nie mają nic przeciwko?

Skinęłam głową, powinnam była to zrobić stanowczo, ponieważ „nic przeciwko” nie oddawało tego. Ale pozwoliłam Hound’owi niebawem doświadczyć tego samemu.

- Bracia nie będą.

Zacisnęłam usta i znów skinęłam głową.

- Keely?

- Tutaj, kochanie - wyszeptałam.

- Nie spieprzmy tego.

Uśmiech, na który tym zasłużył, nie był drżący.

- Zgoda - zgodziłam się.

- I mała? - zawołał.

- Jestem tutaj, Shep - przypomniałam mu.

- Koniec z rzucaniem ciasteczkami. Jadłem twoje ciasteczka, a trafienie tego jednego na podłogę, nawet połowa jednego... - obdarzył mnie zawadiackim uśmiechem, który sprawił, że nawet zajebisty Hound wyglądał wręcz nikczemnie uroczo, ale uroczo - straszna szkoda.

Zmrużyłam oczy - Nie wkurzaj mnie, kiedy jestem po orgazmie.

- To było słabe - zadekretował.

- Wolałabyś, żebym rzuciła się na ciebie z paznokciami? - zapytałam.

- To oznaczałoby, że musiałbym cię obezwładnić, co bez wątpienia przerodziłoby się w wściekły seks, który przerodziłby się w seks na zgodę i o wiele szybciej dowiedziałbym się, że pod tym szlafrokiem miałaś tylko majtki.

- Kobiety zazwyczaj nie zakładają staników po kąpieli w wannie z pianą.

To go zaskoczyło - Bierzesz kąpiel w wannie z pianą?

- To szokujące?

- Jesteś biker-babe.

- Jest jedno kluczowe słowo, „babe”, a wiele z nas lubi kąpiele w wannie z pianą.

- Chciałbym tylko powiedzieć, że nie umknęło mi, że jesteś babe – zauważył.

- Nie próbuj mi słodzić, kiedy mnie już zdenerwujesz.

- Ile ciasteczek zostało? – zapytał.

- Jeśli z zasady pięciu sekund zrobisz zasadę piętnastu minut, pięć i pół, ale czas szybko ucieka tej połowie.

Jego ciało zaczęło się trząść na moim.

To było wspaniałe.

- Dutch i Jag cię z nich wyczyścili – zauważył.

- Nie przestali produkować czekoladowych kropelek, Shep.

Uśmiechnął się szeroko - Moja babe jest mądralą.

Jego babe.

Babe Hounda.

Czy w końcu byłam nią? Nie zamierzałam prosić o potwierdzenie. Gdybym to zrobiła, ta bańka mogłaby pęknąć i wróciłabym tam, gdzie byłam, a to nie wchodziło w grę.

Zamiast tego oświadczyłam - Więc doszliśmy do porozumienia, że ​​jeśli się wkurzę, powinnam rzucić się na ciebie, żebyśmy mogli uprawiać wściekły seks, a twoja kobieta jest mądralą. Zamierzasz trzymać mnie przyszpiloną do kuchennego stołu przez całą noc?

- Może.

- Moje łóżko jest o wiele wygodniejsze.

Coś przemknęło mu przez twarz.

- On nigdy tam ze mną nie był - powiedziałam mu cicho - Łóżko nie jest takie samo. Nawet pokój nie jest taki sam. Nikt tam ze mną nie był.

- Mamy gówno, z którym musimy się uporać – mruknął.

O rany, mieliśmy.

Skinęłam głową, ale powiedziałam - Nie mam ochoty na powolne działanie.

Spojrzał mi głęboko w oczy i mruknął - Zgadzam się.

- Więc muszę napisać do Bev o Jagu, a potem musimy ochrzcić moje łóżko, a jutro, jeśli Jag pojawi się na śniadaniu, zrobimy to oficjalnie. Przynajmniej z chłopakami.

- Nie pojawi się. Chłopaki mają wobec niego plany. On opuści też dzień szkoły, Keekee.

Kurwa.

Okej.

Miał dziewiętnaście, prawie dwadzieścia lat i powinnam odciąć mu pępowinę (w pewnym sensie).

To był jego wybór.

Wymyślił to.

- Dobrze. Więc, rodzinna kolacja, jak tylko uda nam się zaplanować. Uczyńmy to oficjalnym dla obu chłopców w tym samym czasie - powiedziałam.

Rozważał to przez około trzy sekundy.

Potem skinął głową, że się zgadza.

Lekko przejechałam paznokciem kciuka po gęstym zaroście na jego policzku i przypomniałam mu - Chcę tego. Ty tego chcesz. Zrobimy to. Musimy po prostu być bardziej otwarci i dbać o siebie nawzajem.

- Tak - mruknął.

- Puść mnie, kochanie. Muszę napisać do Bev.

- Dąży do ślubu? – zapytał.

- Tak – odpowiedziałam.

- Kurwa – odpowiedział.

Po tych słowach wysunął się i pociągnął mnie na proste nogi.

Podciągnął dżinsy, ale ich nie zapiął.

Pochylił się i podniósł moje majtki z podłogi, a gdy podniosłam rękę, żeby je wziąć, zaparło mi dech w piersiach, gdy uklęknął przede mną.

Podtrzymał je.

Stałam bez ruchu.

Odchylił głowę do tyłu – Wejdź w nie, Keekee.

Shepherd „Hound” Ironside klęczał u moich stóp.

Był tam w przenośni od lat.

Teraz był tuż obok, dla mnie.

Położyłam rękę na jego ramieniu i weszłam w moje majtki.

Delikatnie je podciągnął, podnosząc je, układając je na moich biodrach, a następnie wygładzając na nich mój szlafrok.

Przyłożył swoje usta do moich - Napisz do Bev. Masz piwo?

- Tak, Słonko.

Przycisnął te usta do moich.

Następnie, zapinając dżinsy, podszedł do mojej lodówki i wziął piwo.

Graham nigdy nie używał tej lodówki. Graham nigdy nie był nawet w kuchni, jaką była teraz.

Ale Hound robił to wielokrotnie.

Był w tym razem ze mną.

Był w tym razem ze mną.

I zamierzaliśmy to zrobić.

Zamierzaliśmy.

Nawet jeśli miałoby mnie to zabić.


 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz