piątek, 20 grudnia 2024

10 - Porażka

 

ROZDZIAŁ 10

Porażka

 

Hound obudził się, zanim włączył się alarm.

Keely ruszyła się w jego ramionach i podniosła głowę.

- Kurwa – mruknęła.

Zsunął rękę z jej talii, mrucząc w odpowiedzi – Lepiej spadaj.

Było ciemno, ale wciąż widział cień jej głowy odwracający się w jego stronę.

- Shep, skarbie...

- Masz robotę, muszę jeszcze trochę pospać, zanim zajmę się Jean, a potem mam jakieś gówno do zrobienia dla Klubu.

I cholernie miał.

Nadszedł czas, żeby wbił zęby w czyjeś gardła i by zrobił to, mając nadzieję, że był kuloodporny.

- Myślę, że coś się stało wczoraj wieczorem – powiedziała cicho.

Myślała?

- Keely, musisz się ruszyć – przypomniał jej.

- Powiedziałeś, że porozmawiamy rano – przypomniała mu - Jest rano.

- I rozmawiamy, ale nie mamy dużo czasu, bo, jak powiedziałem, ty masz robotę, a ja mam gówno do zrobienia.

- Hound…

- Kobieto, rusz tyłek. Porozmawiamy dziś wieczorem.

Przyglądała mu się w ciemności, zanim zapytała - Jesteś pewien?

- Pewnie, że jestem pewien.

I był pewien.

Tego wieczoru na pewno będą rozmawiać.

Wciąż go obserwowała, ale on tego nie przyjął. Przetoczył się na drugą stronę i zapalił światło.

Wtedy to on wstał z łóżka, mrucząc - Zanim tam wejdziesz, pójdę się wysikać.

Zrobił to, a ona weszła w bieliźnie, kiedy mył ręce.

Jej oczy były nieruchome, ale wpatrywały się w niego w lustrze.

Nie dotknął jej, gdy wychodził.

Nie wiedział potem, co miał robić.

Położyć się do łóżka, co oznaczało obserwowanie, jak się ubierała i szykowała do wyjścia z jego mieszkania, nie wiedząc, że to ostatni raz, a on czułby pustkę w duszy, ponieważ wiedział.

Albo położyć się do łóżka i odwrócić się do niej plecami jak obrażony dzieciak.

Było to niekomfortowe i czujął się jak pieprzony idiota we własnym, cholernym domu.

Powinien był wykopać jej tyłek poprzedniego wieczoru.

Ostatecznie Hound nie zrobił nic z tego.

Podciągnął dżinsy na tyłek bez majtek i przeszedł korytarzem do kuchni.

Nie miał ekspresu do kawy, za co Keely mu dawała gówno i powiedziała mu w zeszły weekend, że będzie to jej kolejny nabytek, ale on go nie potrzebował. Jeśli chciał kawy, szedł odwiedzić Jean.

Więc również nie miał powodu, żeby być w kuchni.

Nadal tam sterczał, opierając dłoń o blat baru naprzeciwko salonu i marszcząc brwi na meble, które dla niego wybrała, zastanawiając się, czy zmieszczą się przez okna, żeby mógł je po prostu wypchnąć.

Weszła do pokoju, a on przestał się krzywić na meble, by obrócić do niej obojętną twarz.

Keely tego nie przegapiła.

Ale jakoś to przebrnęła.

- Chcesz, żebym przyszła wcześniej? Mogę zrobić kolację dla Jean, zanim porozmawiamy - zaproponowała, jakby nic się nie stało.

Jakby nie dotknęła językiem nazwiska jej męża na jego pieprzonym ciele, kiedy sperma Hound’a była w jej cipce.

– To mogłoby być dobre – skłamał – Zapytam Jean i napiszę do ciebie.

Wydawało się, że po tym odprężyła się.

- Okej - powiedziała cicho, po czym podeszła do niego, położyła dłoń na jego brzuchu i odchyliła głowę do tyłu.

Wykonał wszystkie ruchy, przykładając swoje usta do jej ust, a nawet kładąc dłoń na jej talii.

Kiedy się odsunął, znów wyglądała na zdezorientowaną i zmartwioną.

- Odprowadzisz mnie do samochodu? - zapytała.

Kurwa.

Zamyślił się tak głęboko, że zapomniał.

- Racja, tak. Wrócę – mruknął, ominął ją, przeszedł korytarzem, wcisnął koszulkę, wcisnął stopy w buty i wrócił.

Złapał klucze z kuchennego blatu i wyszedł pierwszy.

Poszła za nim.

On też zszedł pierwszy po schodach.

Znów szła za nim.

Przy jej samochodzie, żeby nie musiał już więcej kłamać, jeść więcej gówna, pocałował ją w usta, co było pieprzonym pożegnaniem.

Po prostu nie miała pojęcia, że ​​to było to.

Ale zadziałało. Jej ładne oczy były zamglone, jej twarz łagodna, jej ciało przyklejone do jego, kiedy skończył.

- Wracaj do domu, mała. Zobaczymy się wieczorem - mruknął.

- Okej, kochanie.

Podniosła się na palcach, żeby dać mu ostatni dotyk ust.

Jej pożegnanie.

I tego też nie wiedziała.

Potem poczekał, aż usadzi się w samochodzie, zamknie drzwi i stał na chodniku, żeby popatrzeć, jak odjeżdżała.

Kiedy poszedł do swojego mieszkania, nie znalazł noża i nie pociął mebli na kawałki, jak chciał. Nie wyrwał lamp z gniazd i nie roztrzaskał ich o ściany, jak chciał. Nie wyciągnął stołków i stolików na korytarz i nie zrzucił ich ze schodów, jak chciał.

Całe to gówno obudziłoby Jean.

Zamiast tego wziął telefon, wziął słuchawki douszne, poszedł do łóżka, położył się na plecach i słuchał „Use Me”.

Withers potrafił napisać i zaśpiewać piosenkę.

Ale skurwiel był popieprzony, jeśli myślał, że to gówno było w porządku.

*****

Koniec końca zaczął się trzydzieści osiem minut później.

Stało się to po tym, jak umył zęby. Zdjął koszulkę i ochlapał wodą twarz i pachy. Wytarł się ręcznikiem, założył koszulkę z powrotem i poszedł do Jean.

Stało się to po tym, jak sam się wpuścił.

Stało się to po tym, jak przeszedł korytarzem.

Stało się to po tym, jak zapukał do jej drzwi i zawołał - Jean Robaczku?

Wtedy to się stało.

Bo nie odpowiedziała.

Pchnął drzwi i zobaczył ją leżącą na boku, plecami do niego, w łóżku.

- Jean – zawołał.

Nie odpowiedziała.

Również nie poruszyła się.

Ogarnął go strach i groza. Strach, który przypominał dłoń zaciskającą się na jego gardle. Strach, który przerodził się w grozę, która przypominała pazury wbite w jego wnętrzności i rozdzierające go, rozrywające go na trajektorii do serca, gdy stawiał jeden but przed drugim, zmierzając do jej łóżka.

Miał chwilę, gdy dotarł na bok łóżka i zobaczył po podniesieniu kołdry, jej głowę na poduszce, jej miękkie, rzadkie białe włosy dookoła jej twarzy, jej zamknięte oczy. Przez chwilę myślał, że ona po prostu nadal spała, tak jak wtedy, gdy wszedł i zobaczył, jak drzemała przed telewizorem.

- Jean – wyszeptał, pochylając się ku niej, wyciągając do niej palce i szukając.

Zamknął je wokół jej lodowatej dłoni.

Wpatrywał się w swoją dużą dłoń wokół jej małej, jego knykcie były poznaczone bliznami od walk, żyły wystawały na wierzchu, jego odciski wbijały się w jej delikatną skórę.

Nie musiał szukać jej pulsu.

I tak to zrobił.

Ale dostał to, co myślał, że dostanie.

Nic.

Przesunął dłoń, by chwycić jej rękę.

A potem Shepherd „Hound” Ironside stanął przy łóżku starej Żydówki, która była właścicielką jego serca, i trzymał ją za dłoń.

- Mam nadzieję – jego głos był szorstki, chrapliwy, pełen cierpienia – …że wiedziałaś choć trochę, jak bardzo cię cholernie kochałem.

Leżała tam... śpiąc.

Hound ją puścił.

Zdołał zrobić tylko jeden krok wstecz, zanim upadł prosto na tyłek obok łóżka Jean.

Wpatrywał się w jej piękną, spokojną twarz tuż przed swoją.

Potem uniósł kolana i podciągnął nadgarstki do góry, aby się na nich oprzeć.

I opuścił głowę w poczuciu porażki.

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz