ROZDZIAŁ 10
Porażka
Hound
obudził się, zanim włączył się alarm.
Keely
ruszyła się w jego ramionach i podniosła głowę.
-
Kurwa – mruknęła.
Zsunął
rękę z jej talii, mrucząc w odpowiedzi – Lepiej spadaj.
Było
ciemno, ale wciąż widział cień jej głowy odwracający się w jego stronę.
-
Shep, skarbie...
-
Masz robotę, muszę jeszcze trochę pospać, zanim zajmę się Jean, a potem mam
jakieś gówno do zrobienia dla Klubu.
I
cholernie miał.
Nadszedł
czas, żeby wbił zęby w czyjeś gardła i by zrobił to, mając nadzieję, że był
kuloodporny.
-
Myślę, że coś się stało wczoraj wieczorem – powiedziała cicho.
Myślała?
-
Keely, musisz się ruszyć – przypomniał jej.
-
Powiedziałeś, że porozmawiamy rano – przypomniała mu - Jest rano.
-
I rozmawiamy, ale nie mamy dużo czasu, bo, jak powiedziałem, ty masz robotę, a
ja mam gówno do zrobienia.
-
Hound…
-
Kobieto, rusz tyłek. Porozmawiamy dziś wieczorem.
Przyglądała
mu się w ciemności, zanim zapytała - Jesteś pewien?
-
Pewnie, że jestem pewien.
I
był pewien.
Tego
wieczoru na pewno będą rozmawiać.
Wciąż
go obserwowała, ale on tego nie przyjął. Przetoczył się na drugą stronę i
zapalił światło.
Wtedy
to on wstał z łóżka, mrucząc - Zanim tam wejdziesz, pójdę się wysikać.
Zrobił
to, a ona weszła w bieliźnie, kiedy mył ręce.
Jej
oczy były nieruchome, ale wpatrywały się w niego w lustrze.
Nie
dotknął jej, gdy wychodził.
Nie
wiedział potem, co miał robić.
Położyć
się do łóżka, co oznaczało obserwowanie, jak się ubierała i szykowała do
wyjścia z jego mieszkania, nie wiedząc, że to ostatni raz, a on czułby pustkę w
duszy, ponieważ wiedział.
Albo
położyć się do łóżka i odwrócić się do niej plecami jak obrażony dzieciak.
Było
to niekomfortowe i czujął się jak pieprzony idiota we własnym, cholernym domu.
Powinien
był wykopać jej tyłek poprzedniego wieczoru.
Ostatecznie
Hound nie zrobił nic z tego.
Podciągnął
dżinsy na tyłek bez majtek i przeszedł korytarzem do kuchni.
Nie
miał ekspresu do kawy, za co Keely mu dawała gówno i powiedziała mu w zeszły
weekend, że będzie to jej kolejny nabytek, ale on go nie potrzebował. Jeśli
chciał kawy, szedł odwiedzić Jean.
Więc
również nie miał powodu, żeby być w kuchni.
Nadal
tam sterczał, opierając dłoń o blat baru naprzeciwko salonu i marszcząc brwi na
meble, które dla niego wybrała, zastanawiając się, czy zmieszczą się przez
okna, żeby mógł je po prostu wypchnąć.
Weszła
do pokoju, a on przestał się krzywić na meble, by obrócić do niej obojętną
twarz.
Keely
tego nie przegapiła.
Ale
jakoś to przebrnęła.
-
Chcesz, żebym przyszła wcześniej? Mogę zrobić kolację dla Jean, zanim
porozmawiamy - zaproponowała, jakby nic się nie stało.
Jakby
nie dotknęła językiem nazwiska jej męża na jego pieprzonym ciele, kiedy sperma
Hound’a była w jej cipce.
–
To mogłoby być dobre – skłamał – Zapytam Jean i napiszę do ciebie.
Wydawało
się, że po tym odprężyła się.
-
Okej - powiedziała cicho, po czym podeszła do niego, położyła dłoń na jego
brzuchu i odchyliła głowę do tyłu.
Wykonał
wszystkie ruchy, przykładając swoje usta do jej ust, a nawet kładąc dłoń na jej
talii.
Kiedy
się odsunął, znów wyglądała na zdezorientowaną i zmartwioną.
-
Odprowadzisz mnie do samochodu? - zapytała.
Kurwa.
Zamyślił
się tak głęboko, że zapomniał.
-
Racja, tak. Wrócę – mruknął, ominął ją, przeszedł korytarzem, wcisnął koszulkę,
wcisnął stopy w buty i wrócił.
Złapał
klucze z kuchennego blatu i wyszedł pierwszy.
Poszła
za nim.
On
też zszedł pierwszy po schodach.
Znów
szła za nim.
Przy
jej samochodzie, żeby nie musiał już więcej kłamać, jeść więcej gówna,
pocałował ją w usta, co było pieprzonym pożegnaniem.
Po
prostu nie miała pojęcia, że to było to.
Ale
zadziałało. Jej ładne oczy były zamglone, jej twarz łagodna, jej ciało
przyklejone do jego, kiedy skończył.
-
Wracaj do domu, mała. Zobaczymy się wieczorem - mruknął.
-
Okej, kochanie.
Podniosła
się na palcach, żeby dać mu ostatni dotyk ust.
Jej
pożegnanie.
I
tego też nie wiedziała.
Potem
poczekał, aż usadzi się w samochodzie, zamknie drzwi i stał na chodniku, żeby
popatrzeć, jak odjeżdżała.
Kiedy
poszedł do swojego mieszkania, nie znalazł noża i nie pociął mebli na kawałki,
jak chciał. Nie wyrwał lamp z gniazd i nie roztrzaskał ich o ściany, jak
chciał. Nie wyciągnął stołków i stolików na korytarz i nie zrzucił ich ze
schodów, jak chciał.
Całe
to gówno obudziłoby Jean.
Zamiast
tego wziął telefon, wziął słuchawki douszne, poszedł do łóżka, położył się na
plecach i słuchał „Use Me”.
Withers
potrafił napisać i zaśpiewać piosenkę.
Ale
skurwiel był popieprzony, jeśli myślał, że to gówno było w porządku.
*****
Koniec
końca zaczął się trzydzieści osiem minut później.
Stało
się to po tym, jak umył zęby. Zdjął koszulkę i ochlapał wodą twarz i pachy.
Wytarł się ręcznikiem, założył koszulkę z powrotem i poszedł do Jean.
Stało
się to po tym, jak sam się wpuścił.
Stało
się to po tym, jak przeszedł korytarzem.
Stało
się to po tym, jak zapukał do jej drzwi i zawołał - Jean Robaczku?
Wtedy
to się stało.
Bo
nie odpowiedziała.
Pchnął
drzwi i zobaczył ją leżącą na boku, plecami do niego, w łóżku.
-
Jean – zawołał.
Nie
odpowiedziała.
Również
nie poruszyła się.
Ogarnął
go strach i groza. Strach, który przypominał dłoń zaciskającą się na jego
gardle. Strach, który przerodził się w grozę, która przypominała pazury wbite w
jego wnętrzności i rozdzierające go, rozrywające go na trajektorii do serca,
gdy stawiał jeden but przed drugim, zmierzając do jej łóżka.
Miał
chwilę, gdy dotarł na bok łóżka i zobaczył po podniesieniu kołdry, jej głowę na
poduszce, jej miękkie, rzadkie białe włosy dookoła jej twarzy, jej zamknięte
oczy. Przez chwilę myślał, że ona po prostu nadal spała, tak jak wtedy, gdy
wszedł i zobaczył, jak drzemała przed telewizorem.
-
Jean – wyszeptał, pochylając się ku niej, wyciągając do niej palce i szukając.
Zamknął
je wokół jej lodowatej dłoni.
Wpatrywał
się w swoją dużą dłoń wokół jej małej, jego knykcie były poznaczone bliznami od
walk, żyły wystawały na wierzchu, jego odciski wbijały się w jej delikatną
skórę.
Nie
musiał szukać jej pulsu.
I
tak to zrobił.
Ale
dostał to, co myślał, że dostanie.
Nic.
Przesunął
dłoń, by chwycić jej rękę.
A
potem Shepherd „Hound” Ironside stanął przy łóżku starej Żydówki, która była
właścicielką jego serca, i trzymał ją za dłoń.
-
Mam nadzieję – jego głos był szorstki, chrapliwy, pełen cierpienia – …że
wiedziałaś choć trochę, jak bardzo cię cholernie kochałem.
Leżała
tam... śpiąc.
Hound
ją puścił.
Zdołał
zrobić tylko jeden krok wstecz, zanim upadł prosto na tyłek obok łóżka Jean.
Wpatrywał
się w jej piękną, spokojną twarz tuż przed swoją.
Potem
uniósł kolana i podciągnął nadgarstki do góry, aby się na nich oprzeć.
I
opuścił głowę w poczuciu porażki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz