ROZDZIAŁ 9
Nasienie Braterstwa
Następnego
popołudnia Hound siedział przy barze w Kompleksie, z Bozem po jego prawej
stronie, Hop’em i Tack’iem za barem, Shy i Joker będącymi po jego lewej, kiedy Joker
siedział obok niego, a Shy stał, pochylając się nad barem.
Od
Shy’a emanowały złe wibracje.
Z
drugiej strony ich rozmowa nie była zbyt wesoła.
-
Ona to wytrzyma? - Boz zapytał Tacka, a Hound utkwił wzrok w piwie stojącym na
barze przed nim, ale jego uwaga była skupiona na Shy.
Był
pewien, że nie jest jedynym, który to robi.
-
Snap się nią opiekuje. Ona zdrowieje. A Snap również zajmuje się innym rodzajem
uzdrowienia, które musi zrobić - mruknął Tack.
Hound
podniósł wzrok na Tacka, nie unosząc głowy i zobaczył, że Tack jest skupiony na
Shy’u, swoim zięciu, ojcu wnuczka Tacka i jego bracie Chaosu - Będzie dobrze,
Shy – kontynuował - Jest silna i świetnie sobie z tym radzi.
-
Gówno poszło na południe – odparł krótko Shy.
-
To dawna sprawa – powiedział ostrożnie Hop - Stało się. Przeszło. Już o tym
rozmawialiśmy i już sobie z tym poradziliśmy.
-
Należy o tym mówić, bo nie tylko poszło na południe, ale też zostało całkowicie
spieprzone – odparł Shy.
-
Tak było. I to było poza naszą kontrolą - odparł Tack. - Gdybyś mnie pytał,
nigdy bym nie zgadł, że Bounty mają w sobie to coś.
-
Nie, mylisz się - warknął Shy - To było pod naszą kontrolą, kiedy
wykorzystaliśmy ją do zagrania przeciwko Bounty, przeciwko Valenzueli. A
częścią tej kontroli było to, że tego nie powinni byliśmy zrobić. To było coś,
z czego przypomnę, wtedy nie byłem zadowolony. Teraz mamy konflikt z Bounty, z
czego ja ich, kurwa, nie winię za to, że mamy konflikt, a za to, że mamy
kobietę, która została pobita, będąc pod naszą
ochroną.
Hound
poczuł, jak włosy na karku stanęły mu dęba.
To
była prawda.
Była
Bounty, ale miała ochronę Chaosu.
To
Speck zawalił w tej robocie.
I
to Speck odczuł niezadowolenie swoich braci. Niezadowolenie, które było
ekstremalne.
Chociaż
tak naprawdę nie musieli robić ni chuja. Speck czuł się jak gówno, a kiedy
Snapper przyparł go do ściany, ściskając mu gardło i pozbawiając tchu, potrzeba
było chyba trzech braci, żeby go odciągnąć.
Ale
Speck nie zrobił nic w swojej obronie.
Wyglądało
to tak, jakby chciał, żeby Snap go wykończył.
Nie,
nie musieli robić ni chuja.
-
To już załatwione – powiedział cicho Tack.
-
Tak, przez co mamy większy konflikt z Bounty – odparł Shy.
-
Myślisz, że nie powinniśmy byli tam pójść i zająć się tymi dupkami? - zapytał
Joker z niedowierzaniem - Kto podniesie rękę na kobiety Chaosu, dostanie
nauczkę. I może brała kutasa Bounty, ale zawarła tę umowę, żeby wesprzeć naszą
grę, a kiedy to zrobiła, stała się Chaosem.
-
Do cholery, nie – odpowiedział Shy - Zgadzam się, lekcja musiała zostać
udzielona. Problem w tym, że to my doprowadziliśmy do tego gówna.
-
Może Hound nie musiał rozcinać twarzy temu Bounty. Jak on się nazywa? Throttle?
Krew za krew, ale on nie rozciął Rosalie. A on zagrał potężną chujową kartą,
ale teraz robi wszystko, aby odpokutować – mruknął Boz.
Hound
nie zgadzał się z oceną Boza.
Hound
był również zaskoczony oceną Boza. To nie było w jego stylu.
Throttle
był chłopakiem Rosalie. A Throttle nie tylko oddał jej tyłek swojemu klubowi,
żeby go skopali, kiedy dowiedział się, że informowała Chaos o operacjach Bounty
związanych z bezpieczeństwem transportów narkotyków Valenzueli, ale był
pierwszym, który zadał jej cios.
Rosalie
po prostu chciała, żeby jej facet się od tego odczepił. Była w nim zakochana.
Uważała go za dobrego faceta, tylko takiego, który wpakował się w kłopoty. Nie
chciał jej słuchać, więc poszła inną drogą.
To
nie Hound zadecydował, czy to była dobra droga, czy zła.
Skończyło
się dla niej źle, ale Tack miał rację. Strasznie ją obili, ale ona dochodziła
do siebie. A teraz wiedziała, że jej
facet miał to w sobie, że
nie był tym, za kogo go uważała, i że mogła iść dalej.
I
najwyraźniej robiła to ze Snapper’em, co było dobre, bo on lubił suki i to bardzo.
Problemem
dla wszystkich tych problemów było to, że Rosalie była byłą Shy’a. Nigdy nie
była z nim aż tak blisko, ale spędzali razem czas, lubił ją, ona zakochała się
w nim. Ale dla Shy’a tą jedyną była Tabby, córka Tacka. I przez lata Tab była tym
dla niego. Więc nie skończyło się to zbyt dobrze dla Rosalie i znalazła innego
motocyklistę w innym klubie.
Ale
Shy dbał o nią i Hound to rozumiał. Jakakolwiek biker babe, która kręciła się w
pobliżu niego, w której zamoczył swojego kutasa, wystawiała jej tyłek na szalę
na dobre, dla Chaosu, a dostałaby lanie, on wpadłby w szał i nie byłoby pobicia
i pociętych twarzy.
Piętrzyły
by się ciała.
–
Gdybyś wpuścił mnie w to gówno, od razu pociąłbym mu twarz – warknął wściekle
Shy.
Usta
Hound’a wygięły się w górę do jego piwa.
Zawsze
lubił tego dzieciaka.
Tack
podjął decyzję, żeby trzymać Shy’a z dala od tego.
Ostatecznie,
co nie było zaskoczeniem dla kobiety, którą była – dorosłej biker-księżniczki –
w rzeczywistości trudniej było utrzymać z dala od tego Tabby.
Ta
kobieta, młoda matka czy nie, straciła swój pieprzony matczyny rozum.
To
było słodkie.
Ale
nie miała się czym martwić.
Hound
wziął za nią odwet krwi.
-
Krew za krew. Kobiety w szpitalu - warknął Shy - Zaczynam się zastanawiać, czy
Rush nie ma racji i czy to gówno nie jest warte tego wielkiego pieprzenia w
głowie, pochłaniania czasu i bólu dupy, jakim jest.
Nie
miał już nic więcej do powiedzenia i wszyscy mężczyźni wiedzieli o tym, gdy
wyszedł.
Jednak
Hound wiedział, że wszyscy mieli ciężkie myśli.
Rush,
syn Tacka, nie był wielkim fanem ich konfliktu z Bounty (mówiąc delikatnie) ani
ich manewrów, by odeprzeć Valenzuelę.
Chciał,
żeby wszystko zostało przekazane policji i żeby to się skończyło.
Ale
Chaos od lat rościł sobie prawo do terytorium wokół Ride, sklepu, warsztatu i
ich Kompleksu, które znajdowały się na tej samej działce. Gdy Tack wyprowadził
ich: uwolnił i oczyścił z gówna, w które uwikłał ich Crank, jasno dali do
zrozumienia, że nie miało być żadnych narkotyków ani dziwek nigdzie na
tym, co uważali
za „Chaos” - pięciomilowym obszarze wokół ich posiadłości.
Bracia,
którzy w tamtych czasach ryzykowali życiem, by się oczyścić, uważali, że
terytorium im się należy.
Więc
je wzięli.
Potem
przyszedł Benito Valenzuela.
Valenzuela
naciskał, Chaos go odpychał. Valenzuela naciskał jeszcze bardziej, Chaos
odpychał. To trwało w pieprzoną nieskończoność. Gówno doszło do miejsca, gdzie
Tack uznał, że musieli się ruszyć, bracia głosowali, decyzja przeszła (nie
jednomyślnie) i, aby złożyć oświadczenie, odepchnęli ich – mocniej – i zajęli
dziesięć mil wokół Ride.
Rush
nie był zadowolony, ale Rush nie miał zbyt dużego poparcia dla swojego pomysłu
wycofania się tylko do terenu Chaosu - mając na myśli ich sklep, warsztat i Kompleks
- wyjścia z biznesu samosądów sprzątających ulice, pozostawienia tego glinom i
po prostu dbania o to, co prawnie do nich należy.
Gdy
działo się gówno, Millie została porwana, współpracowała z glinami, żeby
rozmontować Valenzuelę, Rosalie wystawiła swój tyłek na niebezpieczeństwo, oni stale
obserwowali swoje kobiety, aby mieć pewność, że były bezpieczne, i mieli więcej
terenu do patrolowania, Rush znalazł na nowo zainteresowanie swoimi pomysłami.
To
obejmowało Snappera.
Teraz
wyglądało na to, że Shy’a również.
-
Okej, nikt mnie o to nie prosił, ale powiem po tylko… - Boz zaczął, a Hound
pozostał przy ziemi, ale jego wzrok przesunął się na Boza, nie podobało mu się,
jak to się zaczyna - Donosimy glinom o kolejnym klubie. Tack, bracie, to nie
my. Połowa tego pieprzonego MC została zamknięta po tym pojedynku. To nie jest
sposób MC, żeby iść pod rękę z glinami, osobiście dostarczać im motocyklowych
braci. Powinniśmy byli znaleźć inny sposób.
-
A jaki to sposób, Boz? - Tack zapytał lodowatym tonem.
To
było dobre pytanie dla Boza. Był żołnierzem. Nie był generałem. Nie był
strategiem.
Nawet
bez słów Tacka zostało to powiedziane.
Jeśli
nie masz żadnych pomysłów, cholernie zamknij się.
-
Nie wiem, nie jestem geniuszem, Tack – rzucił Boz, nie zimny jak kamień,
wkurwiony jak cholera - Skoro ty nim jesteś, to może wymyśl jakiś plan, jak nas
wydostać z tego pieprzonego bałaganu, bo serio, bracie, robi się to męczące.
-
Boz – mruknął Hound i poczuł, jak uwaga Boza mocno na nim spoczęła.
-
A ty. Masz to ogarnąć, człowieku. Co ty, kurwa, robiłeś przez ostatnie cztery
pieprzone miesiące? Jedyny raz, kiedy cię widziałem, włączając w to służbę
wartowniczą u starszych pań, to kiedy mogłeś się zabawić, kopiąc tyłki Bounty.
Hound
powoli wyprostował się z pochylonej pozycji przy barze i odwrócił się na stołku
w stronę Boza.
-
Uspokój się, Boz - usłyszał Hopa, mówiącego cicho i wściekłego.
-
Pieprzyć to - odparł Boz - Wszyscy się zwieramy, a ten facet nie był nawet na
patrolu od pieprzonych miesięcy - Powiedział to, wskazując kciukiem na Hound’a.
-
On jest na swojej własnej misji - powiedział Tack.
-
No cóż, nie daje rady - odpalił Boz.
Hound
poczuł, że zaczął go palić kark.
-
Pilnuj sam siebie, bracie - ostrzegł Boza Joker, również cichy i wściekły.
-
Nie tylko ja to zauważam - odwarknął się Boz.
-
Ty i chłopaki, którzy się do mnie przystawiacie, Boz? - zapytał Hound z
obojętną ciekawością.
-
Pieprz się - warknął Boz.
-
Czy przyszło ci do głowy, że w moim życiu może dziać się coś, przez co nie będę
miał czasu ssać twojego kutasa? - zapytał Hound.
Twarz
Boza stwardniała, jego tors odchylił się do tyłu, a potem jego twarz stała się
paskudna - Do diabła, nie, Hound. Znam cię od dziesięcioleci, facet. Jesteś
tylko za cipkami i krwią. Im głębiej w gównie jest Chaos, tym ty jesteś
szczęśliwszy, bo będziesz miał tyłki do kopania, a potem suki do ruchania, gdy
będziesz jechał na haju adrenaliny.
-
Patrzę w lustro? - odparł Hound, bo jego brat właśnie opisał samego siebie.
-
Nie z miejsca, w którym siedzę, bo ja nie mam misji - powiedział Boz z drwiną -
Ale przynajmniej bywam na patrolu i biorę plecy starszych pań, gdy nadejdzie
moja kolej.
-
Mówisz, że to ja wyciągam to gówno z Valenzuelą po tym, jak zabrali kobietę
High’a, uderzyli ją w twarz, patrzyła, jak dwóch facetów umiera, a Rosalie
dostała porządny łomot? - Hound wrócił.
-
Mówię, że nie jesteś facetem, który będzie szczęśliwy, jak usiądzie w bujanym
fotelu przed Kompleksem, kiedy to gówno się skończy - odpowiedział Boz.
-
Nie. Będę pił tequilę i ruchał laski, i wzniecał piekło, i będę spał naprawdę
wygodnie, bracie, z uśmiechem na twarzy, że pies, jakim jest Valenzuela,
zostanie uśpiony, nieważne jak to będzie, i nie będzie sprzedawał cipek na moim
terenie. Sprzedawał śmieci, które rozwalają ludzi na moim terenie. Robił wszystko,
żeby rozmazywać swoje tłuste, paskudne gówno na moim terenie. Stałem ramię w
ramię z tobą, bracie, kiedy to się stało lata temu. Ale to ja się zakrwawiłem,
żeby pomścić ten Klub, pomścić mojego brata, utrzymać nas na drodze do
czystości. Więc jeśli czujesz się trochę niecierpliwy, że sprawy nie idą
wystarczająco szybko, wyjmij kciuk ze swojego cholernego tyłka i cholernie rusz się.
-
To jest punkt, który powinieneś wziąć pod uwagę, Boz, ale wtrącę się między was
dwóch i powiem, że to pieprzone gówno nie pomaga - warknął Tack - Skoro walczymy
sami ze sobą, nie będziemy mieli skupienia, żeby walczyć naprawdę. Więc
przestańcie z tym gównem i się z tym pogódźcie.
-
Sebring skończył i powiedział ci to, Tack - Boz przypomniał mu o wielokrotnych
ostrzeżeniach Knight’a w ciągu ostatniego miesiąca - On już skończył z tym
gównem. Pozwól mu się tym zająć. Nie rób tego, wiem, że jesteś blisko z tymi
glinami i Hawkiem, ale to problem braci i bracia powinni się nim zająć.
-
Czemu tu stoisz i mówisz mi gówno, które już wiem? - zapytał Tack - Gdybym mógł
pstryknąć palcami i to załatwić, zrobiłbym to. Skoro to nie jest opcja, znajdź
trochę cierpliwości, bracie. Albo zrób sobie przerwę, wskocz na motocykl i
jedź. Ale nie wciągaj tego gówna w Chaos. Jak ty lub którykolwiek z braci macie
problem z tym, jak sprawy są załatwiane, to przynieście to na stół. Nie
wylewajcie tego gówna po całym barze, gdzie nic nie może zostać rozstrzygnięte.
A jeśli macie jakieś błyskotliwe pomysły, obiecuję, Boz, że was cholernie wysłucham.
Kiedy
mówił, drzwi się otworzyły i Hound patrzył na Tacka.
Ale
Hop spojrzał na drzwi.
Wtedy
Hound poczuł wibracje od Hop’a, które sprawiły, że spojrzał na drzwi.
I
musiał włożyć w to wszystkie siły, żeby jego własne wibracje nie zadusiły
całego tlenu w powietrzu.
Stało
się tak, bo weszła Keely.
Co
do cholery?
-
Keely - mruknął Hop.
-
Jezu, nigdy jej nie spotkałem. Kurwa, ona jest niesamowita - powiedział Joker
pod nosem.
Tack
odwrócił się do Keely, podobnie jak Boz.
Hound
pozostał na swoim miejscu i gapił się na nią wchodzącą.
Była
niesamowita.
Jeansy,
szalik, zamszowa kurtka, buty, mnóstwo biżuterii, która była zajęliście
indiańska albo po prostu zajebista, lśniące włosy, piękna twarz, mogła wyjść
prosto z magazynu.
Niestety,
ponieważ moment był fatalny, weszła prosto do Kompleksu.
-
Przychodzę w złym momencie? - zapytała, skręcając w stronę baru.
-
Dla ciebie nigdy nie jest zły moment, kochanie – odpowiedział Tack - Wszystko okej?
-
Nie - powiedziała mu, kierując swoją uwagę bezpośrednio na Boza.
Kark
Hound’a znów zaczął płonąć.
O
nie,
nie zamierzała tego zrobić.
-
Co się stało? - zapytał Hop, z nutą ostrości w głosie, myśląc, że ona ma do
czynienia z jakimś gównem, którym chciała, żeby zajął się Chaos, nie mając
pojęcia, że Keely tak naprawdę nie miała problemu.
Była
tam, żeby pokłócić się z Bozem.
Chyba
cały weekend z Jeana i kutasem Hound’a nie poprawił jej nastroju co do tego, co
ją spotkało. Był poniedziałek, przestawiła budzik i zostawiła go w łóżku o
piątej rano.
A
teraz wyglądała, jakby chciała kogoś zabić.
Mianowicie
Boza.
-
Powiedziała tak - Keely powiedziała Boz’owi.
Pieprzone
piekło.
-
Kto powiedział tak, kochanie? - Boz, jak wszyscy mężczyźni, obchodził się
ostrożnie i uważnie z wdową po Blacku.
-
Beverly - stwierdziła, odrzucając włosy - Powiedziała tak w ten weekend, kiedy
jej facet poprosił ją o rękę.
Chryste.
To
był najgorszy możliwy moment, żeby to robić.
Boz
był już wkurzony, teraz nakręcił się. Hound czuł, jak go to uderzyło.
–
Chcesz, żebym się upewniła, że wyśle ci zaproszenie? - zapytała, udając
słodycz, przechylając głowę na bok.
Miał
na końcu języka, żeby interweniować.
Ale
z tym, kim on był i kim ona była tam, w Kompleksie, w Chaosie, nie mógł, kurwa,
interweniować.
Ktoś
zasłużył na cholerne lanie, wiedział o tym.
-
Keely, kochanie… - Boz zaczął uspokajająco.
Stając
kilka stóp przed Bozem, położyła ręce na biodrach - Zgadzasz się z tym, Boz?
Dobrze, że wyjdzie za mąż za mięczaka z małym penisem, który jej nie
uszczęśliwia, tylko sprawia, że nie
jest sama? Jesteś z tym okej?
Kurwa.
Joker
wydał cichy dźwięk na „mały penis”, ale poza tym mądrze milczał.
-
Skończyliśmy dawno temu, Słonko - mruknął Boz.
-
Więc ci to odpowiada - oświadczyła - Jest dla ciebie w porządku, że ona nadal
jest w tobie totalnie zakochana. Czekała latami, aż wyciągniesz głowę ze
swojego cholernego tyłka i...
Boz
był jeszcze bardziej wkurzony, wszyscy faceci to czuli, ale Hound działał, żeby
coś z tym zrobić.
Odsunął
stołek, zszedł, okrążył Boza i podszedł do niej. Chwytając ją za ramię,
warknęła: „Hound!”, ale on ją obrócił, puścił jej ramię, złapał za rękę i
wyciągnął.
Pociągnął
ją prosto do samochodu, szarpnął, aż wróciła do drzwi, wszedł na jej miejsce i
wygiął szyję, żeby stanąć jej twarzą w twarz.
-
Czy ty oszalałaś? - zapytał.
-
Cóż, nic byś z tym nie zrobił, a ona zadzwoniła do mnie dzisiaj do szkoły, żeby
przekazać mi radosne wieści, a potem natychmiast wybuchnęła płaczem. I nie były
to łzy radości, Hound. Więc czego ode mnie oczekujesz?
-
Oczekuję, że pójdziesz do jej domu, nawalisz ją i przekonasz, żeby nie
wychodziła za faceta, który nie jest dla niej. A nie, że wpadniesz do Kompleksu
i nie wpakujesz się w gówno brata.
-
Ktoś musi to zrobić.
-
A tym kimś możesz być tylko ty, bo jesteś wdową po Blacku i jedyną suką oddychającą,
od której każdy brat by to zniósł.
Zamknęła
usta, a jej oczy błysnęły.
-
Wiesz o tym - warknął - Wiesz, że każdy brat przeszedłby milę boso po
potłuczonym szkle dla ciebie. Nie skorzystałaś z tego, ale najwyraźniej nigdy
nie doszło do takiej sytuacja. Teraz doszło, a twój tyłek jest tutaj, wtykając
nos w gówno, od którego - zbliżył się - …ja,
kurwa, kazałem ci trzymać się z daleka.
-
Ty jesteś ich psem na smyczy, Hound, nie ja – rzuciła mu w twarz.
Odchylił
się do tyłu.
Jej
wyraz twarzy natychmiast się zmienił, przechodząc od wkurzonego do skruszonego.
-
Kurwa, to było za mocne – wyszeptała.
-
Cholerna prawda – zgodził się - Teraz idź do swojej przyjaciółki i robimy sobie
przerwę na dzisiejszy wieczór.
Zaczął
się odsuwać, ale złapała go za nadgarstek, mrucząc „Shep”.
Wyrwał
go i syknął - Nie dotykaj mnie, kurwa. Nie w Chaosie. Jestem Hound w Chaosie.
Kutas, którym się bawisz, należy do Shep’a. Nie zapominaj o tym, Keely.
Wyglądała,
jakby ją uderzył, ale miał to gdzieś.
Odszedł.
Prosto
do Kompleksu.
–
Naprostowałeś ją, bracie? - zawołał Boz, zmierzając w stronę drzwi z tyłu,
które prowadziły do pokojów braci.
Racja.
Najwyraźniej
wszystko było dobre, kiedy Hound zajmował się problemami Boza.
Hound
poruszał się dalej, odwracając tylko głowę w stronę Boza, mając oczy wszystkich
mężczyzn, ale czując tylko wzrok Tacka.
-
Ona ma rację. Bev cię kocha - powiedział Hound - Ty nigdy nie przestałeś kochać
Bev. Jest samotna i zmęczona samotnością. Wyjmij głowę z tyłka i zrób coś z
tym, Boz. Albo będzie za późno. Jeśli to jeszcze nie jest to gówno.
Zatrzymał
się przy drzwiach, odwrócił się do pokoju i spuścił ostatniego ciosu na pączka.
-
A jeśli jeszcze raz, kurwa, powiesz coś takiego, jak powiedziałeś mi wcześniej,
bracie, będziemy mieli problemy. Mamy wystarczająco dużo problemów. Gówno
prawie rozwaliło ten Klub, kiedy nie byliśmy w pełni zaangażowani, trzymając
się razem i wspierając. Robię, kurwa, co mogę dla tego Klubu, jednocześnie
radząc sobie z własnymi problemami. To, że w to wątpisz, rani mnie głęboko.
Pomyśl o tym, Boz. Wszyscy jesteśmy niecierpliwi z tym gównem. Jak rzucasz się
na brata, bo nie potrafisz sobie z tym poradzić, potrzebujesz konfrontacji z
rzeczywistością. A ja jestem gotów ci ją dać.
Powiedział
to.
Potem
zniknął za drzwiami.
*****
Kiedy
Hound wyszedł, wszyscy bracia już poszli.
Oprócz
Tacka, który wciąż stał za barem.
-
Idziesz? – zawołał Tack.
-
Mam gówno do zrobienia – powiedział mu Hound, wciąż w ruchu.
-
Hound – powiedział Tack.
Hound
zatrzymał się i podjął rozmowę, której nie chciał prowadzić.
-
Masz coś jeszcze na Turnbull?
-
Tylko tyle, że pragnienie Sebring’a, by ją wyrzucić z gry, staje się coraz bardziej
zaciekłe. Tack odpowiedział - A ty?
-
Ni chuja – odpowiedział Hound - A Valenzuela się nie pojawił.
-
Mówiłeś mi to, bracie – odpowiedział cicho Tack.
-
Na ile mogę stwierdzić, ona zwarła szeregi – oświadczył Hound.
-
To też mi mówiłeś – powiedział Tack.
Hound
powiedział mu coś jeszcze, co wiedział - I wyszła z terenu Chaosu.
Tak
było.
Przez
ostatni tydzień, może dwa, nie znaleziono żadnych dziwek ani dilerów Valenzueli
na ich terenie.
Wszystko
było spokojne.
Wszystko
czyste.
Tylko
Chaos.
-
Niepokoję się tym – powiedział Tack.
-
Nie jesteś sam – odpowiedział Hound - Nie mogę zbliżyć się do żadnego z jej
chłopców. Nie wędrują już samotnie ani po dwóch. Według mnie stała się
mądrzejsza. Wędrują w grupach. Spróbuję się dokopać do jednego, a rozszarpią
mnie na strzępy.
Bardziej
prawdopodobne było, że nafaszerują go kulami. Byli klinicznymi przypadkami skurwysynów.
Jak mieli problem, strzelali do niego, celowali dobrze, a potem odchodzili. Nie
chodziło o braterstwo ani rodzinę. Chodziło o wykonanie zadania. Czy spieprzyłby
jednego, czy też spieprzyłby pięćdziesięciu ich żołnierzy, dla nich to było
wszystko jedno.
-
W takim razie musisz się wycofać - powiedział mu Tack.
-
I dokąd nas to zaprowadzi?
Tack
nie wyglądał na szczęśliwego, a twarda linia jego szczęki mówiła tylko, jak
bardzo nie był zadowolony, mówiąc - Czekanie i obserwacja, bracie.
-
Uwolnij Sebring’a - poradził Hound.
Tack
skinął głową - Myślę, że skoro Turnbull opuszcza terytorium Chaosu, to nasz
jedyny wybór. Przedstawię to na forum.
Hound
skinął głową i znowu ruszył.
Nie
uszedł daleko, gdy Tack zatrzymał go, wołając jego imię.
-
Z Keely dobrze? – zapytał Tack.
To
nie sprawiło, że jego szyja zapiekła.
To
ją podpaliło.
-
Jest wściekła na Boza.
-
Przez lata źle grał z Bev - mruknął Tack.
Mógłby
to powtórzyć.
-
Wiem, co myślisz o... - zaczął Tack.
-
Nie, nie wiesz - warknął Hound.
Powinien
był powiedzieć Tack’owi, że kocha Keely.
Ale
teraz to nawet nie zbliżyło się do wyjaśnienia, gdzie on był z nią, nawet po
scenie, którą właśnie mieli.
-
Trzymałeś ją za rękę, Hound – powiedział ostrożnie Tack.
-
Wyciągałem jej tyłek, żeby nie wkroczyła głębiej niż już była, wchodząc między
nas takich, jakimi byliśmy, i lądując tym gównem na Bozie.
Tack
znów skinął głową - Chcesz porozmawiać o tym, z jakim gównem masz do czynienia?
Nie
chciał.
Przynajmniej
nie o wszystkim.
-
Jean zwalnia – powiedział.
-
Co?
-
Jean. Pani, którą się opiekuję…
-
Pamiętam – przerwał mu Tack.
-
Ona zwalnia. I to szybko.
-
Kurwa – mruknął Tack.
-
To podsumowuje – odpowiedział Hound.
-
Potrzebujesz czegoś? Tyra chętnie się dołączy. A wiesz, że Tabby mogłaby pomóc.
Powiedział
o obu z dumą, bo miał dwie takie dziewczyny. Ale ta duma była głębsza u Tabby,
bo była pielęgniarką, a nie było ojca, który nie byłby dumny, że jego córka tym
była.
-
Załatwię jej wizytę u lekarza. Dam ci znać.
I
Tack znów skinął głową - Trzymaj się, bracie.
Nie
miał innego wyboru.
Uniósł
brodę w stronę Tacka.
Potem
wyszedł.
Jego
telefon zadzwonił równo o ósmej, jakieś pół godziny po tym, jak Hound zostawił
Jean, bo ta już spała.
Nie
był to dobry znak.
To
była Keely.
Zacisnął
usta, ale odebrał telefon i powiedział - Porozmawiamy później.
-
Jestem w łazience u Bev. Praktycznie wpadła w katatonię po tequili. A ja nie
mogę tego dłużej tak zostawić bez przeprosin za to, co powiedziałam.
Brzmiała,
jakby była w łazience i też szeptała.
I
pieprzyć go podwójnie, to było cholernie słodkie.
-
Porozmawiamy później - powtórzył.
-
Wyładowałam się, bo jestem wściekła na Bev i to gówno zepsuło mi blask
świetnego weekendu. Wyładowujemy się najgorzej na ludziach, na których nam
zależy, bo myślimy, że nam wybaczą. Ale to nie jest fajne.
Nic
nie powiedział.
Ale
miała rację.
Mogłaby
go pociąć na strzępy, a on stałby tak długo, jak by mógł, a potem przyjąłby jej
przeprosiny, nawet gdyby nadal krwawił.
-
Chodzi mi to… - kontynuowała - że nie zgadzamy się co do tego, jak należy to
potraktować z Bozem. Rozumiem, że jest twoim bratem. Ale nie rozumiesz, że ona
jest moją siostrą. Krwawiłbyś dla nich. Myślisz, że ja nie zrobiłabym tego
samego dla Bev? Jest najlepszą przyjaciółką, jaką mam. To jedyna ciocia moich
synów, która jest coś warta. Jest jak krew. Okazała się lepsza od krwi. Zawsze
była przy mnie. Ja zawsze byłam przy niej. Tak to jest, Hound. Nie
zastanawiałbyś się dwa razy, zanim wkroczyłbyś w konflikt z jednym ze swoich
braci. Odwróć sytuację, Słonko. Siedzę po drugiej stronie.
To
go wkurzało, że miała rację.
Nie
powiedział jej tego.
Znów
się nie odezwał.
-
Hound?
-
Włóż tę kobietę do łóżka, przyjedź i napisz SMS-a, zanim przyjdziesz, Keely –
warknął.
-
Okej, skarbie – wyszeptała, brzmiąc na zadowoloną z siebie.
Znów
wygrała, ale była na tyle mądra, żeby nie piać.
-
I powiedziałem Boz’owi, żeby wyciągnął głowę z tyłka w sprawie Bev – powiedział
jej.
Nadal
szeptała, kiedy odpowiedziała - Naprawdę?
-
Mieliśmy ciężką rozmowę, zanim się pojawiłaś. Nie mogłaś mieć gorszego momentu,
niż jakbyś weszła do środka pięć minut przed eksplozją słońca. Więc nie jestem
pewien, czy któryś z nas to załapał. Daj mi znać następnym razem, to może będę
mógł ci to powiedzieć.
-
Jasne – wymamrotała, a skąd wiedział, że teraz piała, nie miał pojęcia.
Po
prostu to robił.
Więc
powiedział- Śpisz z czerwonym tyłkiem, kotku.
Poważnie jak cholera. Przestawiam budzik na piątą. Więc włóż Bev do łóżka już
wkrótce. Masz trening, zanim zemdlejesz, Keekee. Więc lepiej chodź tutaj, żebym
mógł rozdać to gówno i żebyśmy oboje mogli się wyspać.
-
Będę tam tak szybko, jak tylko będę mogła, kowboju.
Teraz
kobieta mruczała.
-
Idź i zajmij się Beverly - rozkazał.
-
Zabieram się. Do zobaczenia później, kochanie.
-
Później, mała.
Rozłączył
się.
Potem
otworzył lodówkę.
Podjął
decyzję i wrzucił do mikrofalówki część resztek Keely na kolację.
*****
Początek
końca zaczął się tej nocy.
Dał
jej klapsy, kurwa tak, zrobił to. Jak niegrzecznemu bachorowi, którym była,
ściągnął jej dżinsy z tyłka i dał jej je.
Następnie
wsunął rękę między jej uda, mocno złączone dżinsami, stwierdził, że jest cała
mokra i zmusił ją do dojścia na swoich kolanach.
Potem
dał jej trening, robiąc to samo sobie.
Jej
tyłek był różowy, ale jej nastrój był nadal zwycięski, a po tym, jak wycisnął z
niej czwarty orgazm (jego drugi), przewrócił się na plecy z nią na górze i
pozwolił jej oddać mu cały swój ciężar.
Zajęło
jej trochę czasu, żeby dojść do siebie, ale dała radę i zrobiła to, wykonując
swój pogański akt kapłanki, obsypując każdą linię i krzywiznę jego tatuaży
czubkiem języka, jakby to ona je tam umieściła, do niej należały i jakby czciła
ołtarz swojego własnego stworzenia.
Jej
ręce również były na nim.
Ale
Hound po prostu tam leżał, z jedną ręką rzuconą na bok, palcami drugiej ręki
owiniętymi w jej włosy, obejmującymi tył jej głowy, i czuł, co ona mu robiła.
Co mu dawała. Przyjmował to, zapamiętywał, mając cholerną nadzieję, że to go
wypełni na czas, kiedy nie będzie miał nic takiego i nie będzie miał nadziei,
żeby to znaleźć.
A
potem jej język przesunął się po żniwiarzu.
Po
tym, jak to zrobił, przesunął po słowie „Black”.
Otworzył
oczy i wpatrzył się w sufit, czując, jak jej dotyk palił go jak kwas.
Mogła
go czcić, cholera, pozwoliłby jej robić to godzinami.
Ale
ona na pewno nie mogła czcić swojego starego, wykorzystując jego.
Poza
faktem, że to robiła, robiła to właśnie wtedy i robiła to od miesięcy.
O
to właśnie chodziło.
Pozwolił
jej przejść do „Red” i prześledzić to i wagę, zanim wyjął palce z jej włosów i
włożył obie ręce pod jej ramiona.
Wciągnął
ją na swoje ciało, a następnie zsunął na bok, odwracając ją tak, aby plecami
była do jego klatki piersiowej.
-
Shep…
Nie
był Shep’em.
Nie
był Shep’em, odkąd jego dziewczyna nazywała go tak w liceum.
Był
Hound’em.
Psem
na smyczy Chaosu.
I
był z tego cholernie dumny.
-
Cicho - rozkazał.
Sięgnął
za siebie, by wyłączyć światło. Potem przycisnął ją, by sięgnąć do światła po
jej stronie i je wyłączył.
W
końcu narzucił na nich kołdrę i wtulił ją w krąg swojego ciała.
-
Skończyliśmy? - zapytała cicho.
Skończyli,
zanim zaczęli.
Jak
mogła wiedzieć to, że teraz całkowicie skończyli, nie mógł kurwa zgadnąć.
Wiedział
tylko, że chodziło o Blacka. Chodziło o wykorzystanie Hound’a, by miała swoją dzikość.
Chodziło jej o powrót do dni chwały i bycie tak mocno ruchaną, że aż zabrakłoby
jej tchu, zmuszając ją do tak mocnego orgazmu, że myślała, że świat się kończy.
Nie
miało znaczenia, kim on był, byleby to był Chaos, byleby miała więź ze swoim
starym, byleby sperma, która trysnęła w jej wnętrzu, była nasieniem braterstwa.
Po
prostu to Hound przez lata dawał jej na to szansę.
I
w końcu potrzebowała tego wystarczająco, żeby przeszła przez otwartą furtkę - Shep…
-
Idź spać – mruknął.
-
Byłam…
Ścisnął
jej brzuch, mocno przycisnął do niej swoje ciało i warknął - Keely, idź, kurwa,
spać.
Jej
ciało było napięte i miała wrażenie, że zmuszała je do rozluźnienia, zanim
odpowiedziała - Okej. Porozmawiamy rano.
Nie
zrobią tego.
Porozmawiają
jutro wieczorem, w jakimś prywatnym, cichym miejscu, nie tam, nie w domu, który
kupił jej Black, nie w miejscu, gdzie brat mógłby ich zobaczyć, nie w miejscu,
gdzie starsza pani mogłaby ich złapać, nie w miejscu, gdzie ktokolwiek ze
świata motocyklistów mógłby być świadkiem końca czegoś, co jeszcze się nie
zaczęło.
Splotła
palce z jego palcami na brzuchu i mocno się trzymała.
Pozwolił
jej, nie dlatego, że lubił ten dotyk, po prostu dlatego, że nie mógł sobie
poradzić z tym gównem.
Poczekał,
aż zasnęła.
To
trwało długo.
Ale
w końcu jej ciało się rozluźniło, podobnie jak jej uścisk.
Dopiero
wtedy wysunął palce z jej palców.
Ale
jej nie puścił.
Miał
jeszcze jedną noc.
Jeszcze
kilka godzin.
Jeszcze
kilka godzin udawania.
Zamierzał
to, kurwa, przyjąć.
A
potem będzie po wszystkim.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz