PROLOG
Nigdy nie będziesz sama
Siedemnaście lat temu…
-
Masz coś do powiedzenia?
Hound
stał w jednej linii ze swoimi braćmi z Klubu Motocyklowego Chaos, wpatrując się
w mężczyznę klęczącego przed nimi i czekając, aż ten coś powie, żeby mogli to
zakończyć.
Na
rogach grupy tańczyły cztery kotły z ogniem. Poza księżycem, ogień był jedyną
rzeczą oświetlającą polanę. Tańczył na mężczyźnie przed nimi i na otaczających
go sosnach.
W
promieniu wielu mil nie było nic poza naturą.
I
żadnego dźwięku poza trzaskającymi płomieniami i mówiącymi mężczyznami.
-
Wal się - mężczyzna na kolanach splunął, dosłownie. Słowa, które wychodziły z
jego ust, zawierały ślinę, która, jak Hound widział nawet tylko w świetle
ognia, zabarwiona była krwią.
Jego
twarz była zmasakrowaną miazgą, bo był trzymany z rękami za plecami, podczas
gdy każdy z braci zadawał podwójny cios, a każdy z nich był pełen siły, całej siły, jaką mogli zgromadzić.
A
dzięki ich motywacji każdy z nich był w stanie zgromadzić mnóstwo siły. Hound
był jedynym, który zadał trzeci cios, prosto w nerki.
To
był pierwszy, ale nie ostatni raz, kiedy mężczyzna zwymiotował krwią.
Oczy
miał spuchnięte, z jego ust ciekła krew, a skóra na policzkach została rozcięta.
Jego
stan oznaczał, że się przechylał. Był na kolanach, bo go do tego zmuszono, a
utrzymał pozycję prawdopodobnie dlatego, że nie miał już siły wstać.
Tu
nie chodziło o lanie, jakiego doznał od swoich byłych braci.
Chodziło
o to, że przyjął cięcie nożem głęboko na skórze pleców po trochu od każdego
brata.
To
był pomysł Tacka, a Hound i każdy brat, który z nim stał, poparli go.
Chodziło
o zatarcie na jego plecach ich znaku, który czynił go bratem.
W
rzadkim przypadku, gdy mężczyzna wyrzekał się Klubu, zamazywał tatuaż Chaosu wyryty
na jego plecach.
Jeśli
mężczyzna okazywał się zdrajcą braterstwa, ten tatuaż zostałby wypalony przez
braci.
Ten
człowiek, który był przed nimi, nie wyrzekł się Klubu.
Nie
okazał się po prostu zdrajcą.
Zdradził
go w sposób, jakiego nikt z nich nie spodziewał się.
W
sposób, który żaden z nich nie mógł pozwolić, by pozostał bez zemsty.
W
przenośni dźgnął brata w plecy.
Ale
ten brat i tak został zabity, bo mężczyzna, który przed nimi klęczał, wydał
rozkaz ataku.
Dlatego
przyjął w plecy ich ostrza z dwóch powodów.
Oko
dla Chaosu nie było okiem.
Było
ciosem w twoje ciało.
Jeśli
dźgniesz Chaos w plecy, to zostanie tobie zwrócone.
A
nawet bardziej.
Mężczyzna
klęczący przed Hound’em i wszystkimi braćmi MC Chaos miał teraz zmasakrowaną
twarz i plecy, które były niczym innym, jak otwartą miazgą krwawego mięsa.
I
wkrótce będzie takim, jakim uczynił Blacka.
Martwym.
Hound
przesunął się na nogach, niecierpliwy, gdy ich nowy prezydent, Tack, naciskał -
To wszystko, co masz do powiedzenia?
-
Ssij mi fiuta - odpowiedział mężczyzna na kolanach.
Był
znany jako Crank.
Był
ich prezydentem. Ich przywódcą. Człowiekiem, który przysiągł czcić swoich
braci. Szanować ich ponad wszystko.
Chronić
ich, nawet jeśli oznaczało to poświęcenie własnego życia.
A
on dla własnej chciwości i dumy, nie mającej nic wspólnego z braterstwem, powalił
Blacka.
Wzrok
Hound’a przesunął się na Tacka, gdy ten zbliżył się do Cranka.
-
Ty byłeś Chaosem, a my byliśmy tobą - powiedział cicho Tack.
Wymagało
to trochę wysiłku, ale Crank odchrząknął i splunął na buty Tacka. Nie trafiło w
cel, ale powiedziało to, co chciał powiedzieć.
Hound
znów niecierpliwie się poruszył, czując, jak zaciska mu się szczęka.
-
Ty byłeś Blackiem, a on był tobą - kontynuował Tack, wciąż mówiąc cicho.
Hound
poczuł to w gardle i przełknął z trudem, by to zmyć.
-
Pieprz się – szepnął Crank.
–
Zarządziłeś własną śmierć, zlecając jego – Tack powiedział mu coś, co musiał
wiedzieć, ale nawet jeśli nie oni powiedzieli tego jasno w trakcie
postępowania, wiedział to już wcześniej.
To,
co zrobił, nie mogło zostać zamiecione pod dywan.
Nawet
tam, w innym świecie, świecie, który nie był Chaosu i nie był przez niego
rządzony.
Ale
w ich świecie kara za to, co zrobił, nie była szybka i miała tylko jeden
koniec.
-
Skurwysynu - syknął Crank - Ty zabiłeś Blacka i cholernie o tym wiesz.
Hound
warknął, patrząc na Tacka, by zobaczyć, jak jego szczęka stwardniała, co
oznaczało, że jego brat to zauważył.
Wszyscy
chłopcy zaczęli się niecierpliwić.
-
Rozkaż ogień! - ryknął Hound.
-
Od czasu, gdy byłeś rekrutem, chciałeś rządzić - odgryzł się Crank Tack’owi -
To ty sprawiłeś, że Black jest tam, gdzie jest.
-
Nie jesteśmy tacy, jakimi nas zrobiłeś - odparł Tack.
-
Jesteśmy wyjęci spod prawa - odpalił Crank.
-
Nie jesteśmy tym, czym nas uczyniłeś - odparł Tack.
Crank
odchylił tułów do tyłu i zapytał sarkastycznie - Tak, jasne, więc mogę stąd
odejść?
-
Nie. Ty. Nie. Odejdziesz. - stwierdził Tack starannie, a wyraz jego twarzy
zmienił się z zamyślonego na wrogi - Ponieważ jesteśmy... - pochylił się w
stronę Cranka - wyjętymi spod prawa.
Ale jesteśmy też… - pochylił się jeszcze bardziej do przodu - braćmi - Odchylił się do tyłu i odsunął
o krok, rozkazując - Wstań.
-
Jeśli pokonasz faceta na kolanach, będzie to postępowanie cipki tak, jak robisz
z mojego Klubu cipę, więc za ciebie złożę to świadectwo, skoro pokonasz mnie na
kolanach.
-
Staw czoła śmierci na nogach - nalegał Tack.
-
Dymaj się - Crank warknął.
Tack
poświęcił chwilę, żeby go ocenić.
Potem
mruknął - Twoja decyzja.
Po
tym odszedł, zajmując swoje miejsce w linii.
Mężczyźni
przeszli od niespokojnych do naelektryzowanych.
Tack
to wyczuł i nie tracił więcej czasu. Nie mógł. Gdyby ktoś wybiegł przed szereg,
nie byłoby to tym, czego Tack potrzebował, czego potrzebowali bracia.
Tack’owi
nie chodziło o to, żeby jeden mężczyzna odebrał
innym prawo do zemsty.
Tack’owi
chodziło o to, żeby jeden mężczyzna wziął na siebie ciężar końca istoty
ludzkiej, nawet jeśli ta istota była człowiekiem tak podłym, brudnym,
bezużytecznym i absolutnym marnotrawstwem miejsca jak Crank. Zrobiliby to jako
jedność.
Zrobiliby
to jako grupa braci.
Taki
właśnie był Kane „Tack” Allen.
To
właśnie tak prowadził Chaos.
-
Bracie Crank – zawołał Tack - Zostałeś uznany za winnego przestępstwa przeciwko
braterstwu, najgorszego w swoim rodzaju, bo zdrady brata. Twoja naszywka
została zdjęta. Zgnijesz bez znaku Chaosu na plecach. Twoim ostatnim wyrokiem
jest egzekucja. Miałeś szansę przemówić. Masz pięć sekund, żeby stanąć na nogi,
zanim spotkasz swojego stwórcę.
W
końcu, nie mogąc zrobić tego na kolanach, Crank z trudem podniósł się na nogi.
-
Gotowi! - krzyknął Tack.
Wszyscy
mężczyźni podnieśli broń i wycelowali w Cranka.
Ale
kiedy Hound wycelował, jego uwaga nie była skupiona na Cranku.
Patrzył
na Cranka, ale wszystko, co miał, było skupione na Tack’u.
Więc
w chwili, gdy rozległ się pierwszy dźwięk pierwszej litery, a Tack zagrzmiał - Ognia! - Hound już nacisnął spust.
Minęła
nanosekunda, zanim którykolwiek z jego braci, którzy zrobili to samo, nacisnął
swój.
Ale
Hound wiedział, że to jego kula jako pierwsza przebiła Cranka.
I
trafiła prosto w jego oko.
To
uszczęśliwiło Hound’a.
Później
tej nocy, wczesnym rankiem, Hound był z Tack’iem, gdy poszli do domu. Był
jednym z pięciu mężczyzn, którzy mu towarzyszyli - Hop, Boz, Dog, Brick i
Hound. Wszyscy oni, jak wiedział Hound, byli brani pod uwagę jako porucznicy
Tacka.
Dla
Hound’a, który był młody, to wyróżnienie było ogromnym zaszczytem.
Mimo
to.
Hound
tego nie chciał.
Miał
inną pozycję w Klubie, teraz bardziej niż kiedykolwiek.
I
musiał mieć swobodę, żeby się na tym skupić.
Ale
i tak poszedł.
Musiał.
Jak
dla niego; nie było innego wyjścia.
Tack
zapukał do drzwi, a ona nie kazała im czekać. Prawdopodobnie nie spała od
tygodni. Ale wiedziała, że mogła tego oczekiwać.
Ponieważ
była Chaosem.
Kiedy
je otworzyła, Hound poczuł, że jej widok uderzył go jak cios w gardło.
Nie
chodziło o jej urodę, która była ekstremalna.
Czarne
włosy, które lśniły jak jedwab. Ostre rysy, na których wyraźnie odciskało się
jej amerykańskie pochodzenie, były albo rdzenne, albo poważnie egzotyczne.
Ciało długie i szczupłe. Cycki jędrne i wysokie. Tyłek okrągły i słodki. Skóra
gładka i opalona.
Lata
temu Hound okrążył Kompleks, żeby wyrzucić tam opróżnioną beczkę i przyłapał
Blacka na pieprzeniu jego ówczesnej narzeczonej, teraz wdowy, przy tylnej
ścianie budynku. Zanim się cicho wycofał, zobaczył tę piękną twarz wykrzywioną w
orgazmie i nigdy jej nie zapomniał.
Ale
to było przed tym, zanim wziął na siebie winę za Keely Black.
Więc
teraz z tym ciosem w gardło nie chodziło o jej urodę.
Teraz
chodziło o martwotę w jej oczach, o żal, jaki był wyryty w jej rysach w sposób,
który znał każdy brat, zwłaszcza Hound, z uwagą, jaką jej poświęcił, widział,
że nie włożyła wysiłku w to, żeby to wygładzić.
Poznała
go, zakochała się, wyszła za mąż i dała dwóch synów jedynemu mężczyźnie na
ziemi, który był dla niej wystarczająco dobry.
Teraz
nie żył.
A
ona może i oddychała, ale też była martwa.
-
Gdzie są chłopcy, Słonko? – mruknął Tack.
-
Śpią - odpowiedziała Keely, jej niezwykły, niski, gładki głos nawet przy tym
jednym słowie prześlizgiwał się przez powietrze jak fala aksamitu.
Znała
zasady, więc usunęła się z drogi, by Tack wszedł.
Hop, Boz, Dog, Brick i Hound
weszli za nim. Każdy mężczyzna poświęcił jej chwilę,
zatrzymując się, dotykając jej, przyciskając usta do jej czoła, zarośnięte
policzki do jej gładkiego.
Nie
Hound.
Zatrzymał
się przed nią i spojrzał w jej ciemnobrązowe oczy.
Spojrzała
w jego oczy.
Zająłbym jego miejsce,
gdybym mógł - pomyślał.
Ale
nic nie powiedział.
Po
prostu poszedł za braćmi i wszedł do jej salonu.
Keely
poszła za nim, a gdy Hound zatrzymał się przy Brick’u, Tack przemówił.
-
Już zrobione.
Przez
sekundę Hound nie wiedziała, czy go usłyszała.
Potem
zapytała - Już?
-
Tak jest, Słonko - powiedział łagodnie Tack - Black został pomszczony.
Nie pomszczony
- pomyślał Hound - Jeszcze nie. Nie do
końca. Ale tak się stanie.
-
Co teraz? - zapytała Keely, a Hound uznał, że poświęcał jej całą swoją uwagę,
ale po tym pytaniu zdał sobie sprawę, że się mylił.
-
My… - zaczął Tack.
-
Nie obchodzi mnie Chaos - przerwała mu.
Poczuł,
jak mężczyźni obok niego wciągnęli powietrze, nieswojo przestąpili z nogi na
nogę, bo nie dotyczyło to tylko braterstwa. Powiedziała to Keely, która była
starszą panią, ale była częścią Chaosu, poprzez Blacka, ale też sama, kochała
swoje miejsce w nim tak bardzo, że było to jak cios w brzuch.
Ale
Hound zmrużył oczy, przyglądając się jej każdemu calowi, jego płuca płonęły,
dłonie swędziały, jego potrzeba, by do niej podejść, przyciągnąć ją do siebie, wchłonąć
jej ból, sprawić, by wszystko było w porządku, była tak przytłaczająca, że poczuł, jak jego energia
wycieka z niego z wysiłkiem,
jaki włożył, by to powstrzymać.
-
Chcę wiedzieć, co teraz? Co teraz dla mnie? Dla moich chłopców? - zapytała.
-
Zaopiekujemy się tobą, Keely. Tak jak Black był z nami, aż do ostatniego
tchnienia, Chaos będzie cię wspierał. Dostaniesz jego część ze wszystkiego w
sklepie, w warsztacie. Bracia będą…
-
Wyniesiesz śmieci? - zapytała.
Tak -
pomyślał Hound.
Brick
wkroczył do akcji - Jeśli tego potrzebujesz, mała.
Spojrzała
na Bricka - Okej, to kto będzie robił moim chłopcom pancakesy z czekoladą i
masłem orzechowym w każdą niedzielę rano?
Ja zrobię -
pomyślał Hound.
-
Keely, kochanie… - zaczął Tack.
-
I kto wyciągnie tyłek Dutcha z łóżka, kiedy będzie utrapieniem. Chodzi do zerówki
i tak bardzo nienawidzi szkoły, że wiem, że będę musiała walczyć przez następne
dwanaście lat, aż zobaczy jej koniec.
Ja to zrobię -
pomyślał Hound.
-
Będziemy tam dla twoich chłopców - powiedział Dog.
To
było tak, jakby Dog nie odezwał się.
-
Keely, Słonko – Hop próbował delikatnie.
-
Jeszcze nie jest skończone –
warknęła, pochylając się w stronę Tacka, a jej piękna twarz wykrzywiła się w
agonii, której żadna kobieta nie powinna znosić – Nigdy się nie skończy.
-
Użyłem złych słów, kochanie, tak mi przykro – wyszeptał Tack.
-
Jak jest skończone? – zażądała odpowiedzi.
-
On jest bardzo skończony – odpowiedział stanowczo Boz.
-
Kto to zrobił? – zapytała Boza.
-
Wszyscy to zrobiliśmy – odpowiedział Hop.
Ale
jej oczy powędrowały prosto do Hound’a.
I
spojrzał jej prosto w oczy.
Wiedziała.
Był
powód, dla którego nazywano go Hound.
Zaczęło
się jako żart, faceci czepiali się go o jego niezwykłe imię.
Ale
z piekłem, w które wrzucił ich Crank, przerodziło się to w coś innego.
Lojalność,
jedno.
Upór,
drugie.
Trudno
go było powstrzymać, a gdy już wyczuł zapach, niemożliwe było powstrzymanie go,
kolejne.
Nie
poddający się i robiący nadgodziny, dopóki praca nie została wykonana, ostatnie.
Była
starszą panią i żyła długo.
Ale
była Keely, jej serce było tak otwarte i hojne, jak jej usta były mądre. Była
Blacka i była Chaosu i kochała to. Znała każdego brata aż do duszy. Nawet jeśli
jej tego nie dawali, obserwowała, dbała o nich w każdy możliwy sposób.
Wiedziała.
Ponieważ
pierwsza część, która uczyniła z Hound’a tego, kim był, była najważniejsza.
-
Straciliśmy Blacka, ale ty, Dutch i Jagger nie straciliście Chaosu - powiedział
jej Tack, a ona zwróciła na niego uwagę.
Hound
poczuł, jak całe jego ciało sztywnieje, gdy zmiana zaczęła pojawiać się w jej
rysach twarzy, i poczuł, że jego bracia odczuwają to samo, gdy powietrze w
pokoju stało się duszne.
-
Nie mogę tego zrobić - powiedziała cicho.
-
Możesz - powiedział stanowczo Tack.
-
Chłopcy są zagubieni - wyszeptała, a agonia kobiety, która straciła swojego
mężczyznę, rozpłynęła się w coś o wiele trudniejszego do obserwowania.
Udręka
matki, której synowie stracili ojca.
-
Utrzymamy ich w równowadze - przyrzekł Tack.
-
Ja... - urwała i przełknęła ślinę.
-
Jesteśmy z tobą - powiedział łagodnie Tack - Zawsze będziemy. Zawsze będziemy
przy tobie.
Keely
nic nie powiedziała, po prostu patrzyła w oczy Tacka, jakby czekała, aż klaśnie
w dłonie, obudzi się, a koszmar, który przeżywała, dobiegnie końca i będzie
mogła odpocząć, wiedząc, że to wszystko był zły sen.
Tack
tego nie zrobił, bo nie mógł.
-
Nigdy nie będziesz sama.
Odwróciła
się do niego.
-
Nie rozumiesz tego – wyszeptała – Nie był moją drugą połówką. Nie dopełniał
mnie. Nie był moim staruszkiem. Nie był moim mężem. Nie był fiutem, na którego
wpadłam. Nie był ojcem moich synów. Był… – jej głos nagle stał się chrapliwy – moim życiem. Był moim powodem, dla
którego wstawałam każdego dnia i oddychałam. Odszedł, a ja tracąc to, tracąc
jego, zawsze, zawsze będę sama.
Hound
nie odpowiedział, ponieważ nie miał nikogo, ale także dlatego, że znów poczuł
się, jakby ktoś go uderzył w gardło.
-
Zaopiekujemy się tobą – powiedział jej Tack, a jej spojrzenie powędrowało w
jego stronę - Proszę, kochanie, on by tego chciał, więc pozwolisz nam się tobą
zaopiekować?
Odrzuciła
głowę, a kosmyk jej włosów zalśnił w świetle nad kanapą, gdzie była jedyna
zapalona lampa - On by tego chciał, masz rację. Więc... tak - zgodziła się.
-
Pozwól mi przyprowadzić tu Bev - zasugerował ponownie Boz.
Spojrzała
na niego.
Po
czym skinęła głową.
-
Boz, idź. Zadzwoń - rozkazał Tack, a następnie zwrócił się do Hopa, Doga,
Bricka i Hound’a. - Po prostu idźcie. Zostanę, aż przyjdzie Bev.
Hop,
Dog i Brick skinęli głowami i ruszyli w stronę Keely.
Hound
po prostu ruszył do drzwi.
Odwrócił
się do niej i złapał jej spojrzenie, zanim wyszedł.
Nie
miał pojęcia, czy odczytała jego obietnicę.
Ale
to nie miało znaczenia.
Nadal
zamierzał jej dotrzymać.
*****
Trzymał
ją za włosy na kolanach.
Jej
koleżanka stała, przyciskając się do ściany, ze strachem wymalowanym na twarzy,
a po policzkach spływały jej łzy.
-
Czy wyraziłem się jasno? – zapytał Hound, nachylając się nad nią i wplatając
dłoń w jej włosy.
-
Jasne, Hound – wyjąkała.
-
Na litość boską, jeśli stwierdzę, że nie... - Nie dokończył.
Błysk
przerażenia w jej oczach powiedział, że nie musiał.
Puścił
ją, szarpiąc za włosy i rzucając ją na plecy, a jej nogi zgięte w nienaturalny
sposób nie był jedynym powodem, dla którego wydała okrzyk bólu i zaskoczenia.
Bez
słowa odwrócił się i odszedł od dwóch prostytutek, których Chaos był kiedyś sutenerem,
zanim Tack oczyścił ich z tego gówna, którego żadne z nich, oprócz Chew, który
wyrzekł się Klubu, zanim wykonali egzekucję, z którą się nie zgadzał, nie
chciał wykonać jako pierwszego w kolejności. Hound nie miał pojęcia, jak to się
zaczęło. Wtedy nie był jeszcze Chaosem.
Wiedział
tylko, że Tack miał plany, żeby to zakończyć.
Więc
stał się Chaosem.
To
były dwie prostytutki, które poinformowały Cranka, że Tack
podejmował działania,
aby przejąć Klub i go oczyścić.
Dwie
prostytutki, które zainicjowały to, że Crank zlecił zabójstwo brata, aby skupić
swoją uwagę na tym, gdzie chciał, aby byli.
-
Hop, to nie było to, co myślisz - zawołała ta przy ścianie. - Nie mieliśmy
wyboru. My...
Hop
jej przerwał - Crank gnije. Pomyśl o tym, suko.
Hound
ledwo przekroczył drzwi, gdy usłyszał, jak trzasnęły.
Obejrzał
się za siebie i zobaczył, że szedł za nim Hop.
-
Jeśli nie opuszczą miasta... - warknął Hound, znów nie kończąc.
-
Pójdą - wycedził Hop.
Hound
nie powiedział już ani słowa.
Odwrócił
się twarzą do przodu i ruszył dalej.
Miał
coś do zrobienia.
*****
Tack
położył rękę na jego piersi i odepchnął go.
-
Już tacy nie jesteśmy my, bracie - warknął - Nadal mamy pracę do wykonania,
żeby się oczyścić, ale ta część umarła, kiedy Crank uderzył o ziemię.
Hound
zablokował nogi i stanął pewnie, wpatrując się prosto w oczy Tacka.
-
To jest skończone – powiedział mu cicho Tack.
Tak
- pomyślał Hound - Tak będzie.
Wtedy,
błyskawicznie, zdeterminowany, odsunął się od ręki Tacka, szybko podszedł do
mężczyzny przywiązanego do krzesła, złapał go za włosy, odchylił głowę do tyłu,
wyszarpnął nóż zza paska i nie wahał się ani chwili, zanim przeciągnął ostrze
po gardle, wbijając się głęboko.
Krew
trysnęła. Oczy mężczyzny zrobiły się ogromne. W jego gardle bulgotało.
Hound
obserwował to beznamiętnie.
Mężczyzna
na tym krześle wykonał zlecenie na Blacku.
A
teraz umrze tak, jak zabił brata Hound’a. Mężczyznę Chaosu.
Życie
Keely.
-
Kurwa, tak – zagrzmiał High, stojący z boku.
-
Tak jak powinno być – stwierdził Arlo, stojący z nim - Zrobione – warknął Pete,
stojący za krzesłem mężczyzny.
Hound
odwrócił się i zatrzymał, ponieważ Tack stał tuż obok.
-
Teraz już tacy nie jesteśmy, bracie – stwierdził Hound.
Następnie
ominął go i wyszedł z chaty Chaosu u podnóża wzgórz.
*****
Prawdopodobnie
słyszała jego motocykl.
Bez
względu na powód, Hound nie stał zbyt długo w połowie chodnika do jej tylnych
drzwi, zanim te się otworzyły i stanęła w nich, z idealnymi włosami, wyczerpaną
twarzą, bezkształtną koszulą nocną, którą miała na sobie, opadającą na niej.
Był
cały we krwi.
Nie
musiał mówić ani słowa.
Patrzyła
na niego, nie z przerażeniem, nie ze strachem.
Z
żalem.
I
nie tylko z powodu swojej straty.
Z
powodu tego, dokąd zaprowadziło to Hound’a.
-
Teraz już po wszystkim - warknął.
Usłyszał
jej szept z połowy podwórka.
-
Hound - to było wszystko, co powiedziała.
-
Stań na nogi - to wszystko, co odpowiedział, żeby zakończyć.
Następnie
odwrócił się i odszedł.
Miesiąc później. . .
Keely
wielokrotnie zatrzaskując telefonem o podstawkę, zaalarmowała wszystkich pięciu
mężczyzn siedzących przy jej kuchennym stole, a oczy wszystkich, w tym Hound’a,
przeniosły się z pokera na nią.
-
Yo – zawołał Arlo i po tym słowie zamarła ze słuchawką na widełkach, wciąż
trzymając ją w dłoni i wściekle spojrzała na telefon.
-
Wszystko w porządku, Słodziaczku? – zapytał łagodnie Pete.
Zdjęła
rękę z telefonu i odwróciła się.
-
Więc moi rodzice nie byli tacy podekscytowani, że umawiałam się z facetem z
gangu motocyklowego – zaczęła.
Hound
poczuł, jak zacisnęła mu się szczęka na dźwięk słowa „gang”. Wiedział, że mówiła
takie rzeczy, bo jej rodzice tak myśleli. Wiedział, że ona wiedziała lepiej.
Byli Klubem. Osoba z zewnątrz mogłaby nie zauważyć dużej różnicy. Ale była i to
ogromna.
-
Dlatego nie trzeba dodawać, że nie byli podekscytowani tym, że za niego wyszłam
i zaszłam z nim w ciążę… dwa razy – ciągnęła - Więc nie jest tak, że nie wiem,
że nie byli największymi fanami Grahama.
Na
to Hound powstrzymał się od drgnięcia. Nie nazywali Blacka „Black”, bo tak
brzmiało jego nazwisko, a tak było.
Nazywali
go Black, bo ten człowiek był tak daleki od ciemności, że to było cholernie
zabawne, że to było jego nazwisko.
Był
dobrocią.
Był
światłem.
Był
braterstwem.
Jeśli
między braćmi dochodziło do nieporozumień, Black wkraczał i rozśmieszał
wszystkich.
Gdy
któryś z dzieciaków brata wchodził do Kompleksu, Black brał go na ramiona zanim
ktoś kichnął i wygłupiał się.
Wszyscy
mieli swoje miejsce w Klubie, a miejsce Blacka było spoiwem, które trzymało ich
razem w niepewnych czasach lub w czasach, gdy te wstrząsy były jak trzęsienia
ziemi.
Ale
to też dlatego, że był ich światłem. Latarnią brata, którym wszyscy chcieli,
żeby był Klub. Był cały za Chaosem. Był cały za Keely. Był cały za jego chłopcami.
I nic na tej ziemi nie miało znaczenia poza tym. Ani pieniądze. Ani szacunek. Nic.
Nie
był Grahamem.
To
było solidne imię i Hound słyszał, jak Keely go tak nazywała, ale zwykle w
żartobliwy sposób. Przez resztę czasu, jeśli nie używała nic słodkiego, zawsze
był to Black.
Porzuciła
imię Black odkąd umarł, a Hound wiedział, że to był kolejny sposób, w jaki chciała
porzucić braterstwo - Więc teraz, zasadniczo… kontynuowała - mają wrażenie, że
to ja sobie pościeliłam, pościeliłam moim chłopcom i musimy w tym spać.
Pieprzeni dupki -
pomyślał Hound.
-
Czego potrzebujesz? - Brick zapytał cicho, a jej wkurzone oczy powędrowały w
jego stronę.
-
Muszę, żeby moi rodzice przejęli się tym, że gardło mojego męża zostało
poderżnięte - warknęła.
Hound,
ani żaden brat, nie mogli powstrzymać drgnięcia na to.
Wyszła
tupiąc.
Mężczyźni
wokół stołu spojrzeli po sobie.
-
Zawsze byli skurwysynami – mruknął Dog pod nosem - Pamiętasz ich ślub. Mieli wbite
kije tak głęboko w tyłki, że aż dziw, że nie wyszli im z pysków.
Hound
też to pamiętał.
-
Lepiej jej bez nich – wtrącił Arlo - Ma Chaos, nie potrzebuje ich gówna.
Wiedział,
że to była prawda. Każdy facet przy tym stole wiedział, że to była prawda.
Problem
był w tym, że Keely nie wiedziała.
Poczekał,
aż wygrał pieniądze od wszystkich braci, wkurzyli się i zrobiło się późno, więc
wszyscy uciekli.
On
został jako ostatni.
Ona
była przy drzwiach.
On
też.
Poczekał
znowu, tym razem aż niecierpliwie złapała jego spojrzenie.
Chciała,
żeby odszedł.
-
Nieważne, czy nas chcesz, czy nie, masz rodzinę, która cię chce. Nie możesz nic
zrobić, żeby to zmienić. Nic, Keely. Jesteśmy twoi. Na zawsze - Po tym nie
pozwolił jej powiedzieć ani słowa.
Hound
dał jej to, czego chciała.
Odszedł.
Kilka miesięcy
później...
Hound
stał na końcu chodnika z rękami skrzyżowanymi na piersi, a jego skórzana kurtka
na ramionach odbijała październikowy chłód i patrzył, jak Keely wracała
chodnikiem z Dutchem i Jaggerem.
Dutch
zażądał, aby jego kostium na Halloween był mini-biker, i jakkolwiek Keely się
sprzeciwiała, nie chciał o tym słyszeć.
A
gdzie poszedł Dutch, tam Jagger szedł za nim.
Więc
obaj byli w dżinsach, małych butach motocyklowych, białych koszulkach, małych
skórzanych kamizelkach, które zrobiła im Bev, z bandanami zawiązanymi na
czołach.
Dutcha
była czerwona. To była bandana Blacka, nosił ją cały czas. Teraz Dutch miał ją
cały czas.
Co
zabawne, Jaggera była fioletowa. To była bandana Keely. Ona też ją nosiła cały
czas: zawiązaną wokół szyi lub owiniętą wokół górnej części czaszki i zawiązaną
z tyłu, a jej włosy spływały pod nią. Nawet owiniętą wokół nadgarstka. Dutch
powiedział Jagowi, że prawdziwi motocykliści nie noszą fioletu, ale Jag się
uparł i fiolet był.
Keely
dotarła do Hound’a i zatrzymała się.
-
Straszysz wszystkich sąsiadów – oskarżyła.
-
Dobrze – odpowiedział.
Dutch
roześmiał się.
Jagger
wyrwał rękę z ręki mamy i złapał Hound’a.
Potem
pociągnął za niego, chrząkając i żądając - Chodźmy! Cukierek!
Hound
pozwolił się pociągnąć.
Keely
szła obok Dutcha.
Hound
stał na końcu ścieżki, gdy wszyscy szli do następnego domu (Jagger biegł do
drzwi, Dutch udawał obojętnego).
Zrobił
to samo przy następnym domu.
I
następnym.
I
następnym.
Rok i dwa miesiące
później...
Hound
wrócił na chodnik, do kuchni i zobaczył Keely tam, gdzie ją zostawił, przy
kuchennym stole, praktycznie zakopaną pod świątecznym papierem, kokardkami i wstążkami.
-
Śmieci wyrzucone - mruknął.
Spojrzała
na niego i skinęła głową.
Spojrzał
na drzwi prowadzące do reszty domu, a potem z powrotem na nią - Gdzie Bev?
-
Musi przygotować się na własne święta - powiedziała mu.
Skinął
głową.
Zrozumiał
to, skoro była Wigilia.
-
Co jeszcze masz do roboty? - zapytał.
Była
rozproszona przez opakowania, pudełka i podobne gówno, a jej oczy powędrowały w
jego stronę.
-
Miniaturowy motocykl Flintstone’a dla Jaga, na który można było używać nóg,
przyszedł rozmontowany.
-
Jasne - mruknął ponownie - Gdzie jest?
-
Pudełko jest w piwnicy.
Skinął
głową raz, odwrócił się i skierował do drzwi w piwnicy. Złożył mały motocykl i
wjechał nim po schodach.
Przywiązała
do niego kokardę, a on położył go pod choinką.
-
Jesteś super, Hound, dzięki – wyszeptała – Teraz idź do domu. I wesołych świąt.
Ponownie
skinął głową.
-
Później.
Jej
oczy pozostały martwe, ale jej piękna twarz stała się miękka - Później, Słonko.
Hound
wyszedł tylnymi drzwiami.
*****
Cztery lata później...
Hound
nie spieszył się po korytarzach szpitala.
Ale
nie tracił czasu.
Udał
się do stanowiska pielęgniarek i mruknął - Black.
Pielęgniarka
za stanowiskiem spojrzała na niego wielkimi oczami, a jej osąd na temat
motocyklistów był tak chujowy, że nie miała ochoty mówić. Podniosła tylko rękę
i wskazała krótki korytarz na końcu, na którym znajdowało się kilka
zasłoniętych stanowisk.
Hound
poszedł w tamtą stronę.
Kiedy
dotarł do stanowisk, spojrzał w lewo i prawo.
Było
ich trzy po lewej.
Ledwo
wszedł do środka, gdy Dutch wpadł na niego, owijając swoje małe dziecięce
rączki wokół jego bioder.
Położył
rękę na plecach chłopca.
Lekarz,
pielęgniarz lub ktokolwiek, kto zajmował się Jag’iem w łóżku, spojrzał na
niego.
-
W czym mogę pomóc?
Dutch
obrócił się, tak że ręka Hound’a znalazła się na jego piersi.
-
On jest z nami - powiedział.
Hound
nie był i nigdy nie będzie.
I
zdecydowanie był i zawsze będzie.
Hound
oderwał wzrok od bladego Jaga z wykrzywioną twarzą i żółtą koszulką poplamioną
krwią i spojrzał na siedzącą obok niego Keely, która wyglądała na jeszcze
bledszą i całkowicie przerażoną.
Jej
oczy były przyklejone do Hound’a.
-
Co się stało? - zapytał.
-
To moja wina - powiedział Dutch i spojrzał na dzieciaka.
Wtedy
Hound zwrócił wzrok na jego brata i zobaczył otwartą ranę rozdzierającą mięśnie
jego chudego, dziecięcego przedramienia, którą pielęgniarz, lekarz lub
ktokolwiek to był, zszywał.
Ponownie
zwrócił uwagę na Dutcha.
-
Jak to zrobiłeś? - zapytał cicho.
-
Kłóciliśmy się - wtrącił Jag, jego głos był zwykle głośny i podekscytowany, ale
słaby - Zrobiłem źle.
-
Wszystko w porządku, kochanie - wyszeptała Keely - Zszyją cię, wszystko będzie
dobrze.
-
Tylko się wygłupialiśmy - mruknął Dutch. Hound znów na niego spojrzał, a jego
ton był nadal spokojny, gdy zapytał - Powiedz mi, jak wygłupianie się
doprowadziło do zranienia tak twojego brata, synu.
-
Wygłupialiśmy się, potem ja się wkurzyłem, potem Jag się wkurzył, potem mama
kazała nam uspokoić się i wysłała mnie na podwórko, a Jaga do swojego pokoju,
ale Jag był tak wściekły, że poszedł do tylnych drzwi i uderzył pięścią w
szybę, która przeszła na wylot i się skaleczył - odpowiedział Dutch, wyglądając
na przybitego. Spojrzał na swoje stopy - Ale powinienem był uspokoić się, zanim
do tego doszło. Więc to ja popełniłem błąd i wiem o tym.
-
Czego się z tego nauczyłeś? - zapytał Hound.
-
Hę? - zapytał Dutch, podnosząc głowę.
-
Czego się z tego nauczyłeś? - powtórzył Hound.
-
Eee... nie wiem – odpowiedział Dutch.
Hound
spojrzał na Jaggera - Czego się z tego nauczyłeś, Jag?
-
Cóż, eee... nie uderzać pięścią w szybę? – zapytał Jagger, niepewny, czy jego
odpowiedź była właściwa.
Hound
powstrzymał uśmiech i przekazał im wiedzę.
-
Nauczyłeś się, że życie samo zadaje ciosy, więc musisz być silny, żeby im
stawić czoła. Nie marnuj energii na walkę z bratem. Nigdy nie walcz z bratem.
Twój brat będzie stał po twojej stronie od teraz do końca życia. Możesz się na
niego wkurzyć. Możesz mieć jakieś słowa. Ale nie walcz. Słyszysz mnie?
-
Tak, proszę pana – mruknął Jag.
Hound
przeniósł wzrok na Dutcha.
-
Tak, proszę pana – mruknął Dutch.
Spojrzał
na Keely i nie pozwolił, aby wyraz jej twarzy przebił się przez niego.
-
Okno? - zapytał.
-
Jest rozwalone - powiedziała mu.
Skinął
głową i znów spojrzał na Dutcha - Idziesz ze mną. Naprawiamy okno - Ponownie
zwrócił uwagę na Keely - Masz Jaga.
Skinęła
głową.
Następnie
spojrzał na lekarza lub pielęgniarza, czy kimkolwiek był - Ile szwów?
-
Prawdopodobnie… - zaczął, wciąż pracując - siedemnaście, może kilka więcej.
Hound
uśmiechnął się do Jaga - Chłopie, jak się zakrwawiasz, to robisz to na całego.
Pierwsza blizna po bitwie.
Jag
odwzajemnił uśmiech.
Poczuł,
że ten konkretny komentarz nie wywołał u Keely łagodnego, wdzięcznego
spojrzenia, ale nie spojrzał na nią, żeby jej nie wkurzyć.
Owinął
palce wokół ramienia Dutcha i powiedział - To my jedziemy.
-
Okej, Hound - mruknął Dutch.
-
Później - powiedział do Jaga, odwracając się, żeby odejść.
-
Później, Hound - odpowiedział Jag.
Jego
wzrok ominął Keely - Później.
-
Później.
Po
tych słowach on i Dutch ruszyli.
Potem
zrobili to tak, jak zawsze robił, kiedy był ze swoim Hound’em, ale nie robił
tego od jakiegoś czasu, odkąd osiągnął wiek, w którym mógł przestać to robić, ale
sytuacja sprawiła, że tego potrzebował, więc Dutch znalazł rękę Hound’a i chwycił za nią. A widząc, że Dutch osiągnął wiek, w którym Hound stracił to ze swoim chłopcem,
zamiast mu przypominać, że nadszedł czas, aby pomyślał o byciu mężczyzną, którym
się stawał, jak zawsze to robił, Hound mu pozwolił.
Trzy lata później...
Trzymając
pięścią brzeg jego koszulki, Hound przyparł dzieciaka do ceglanej ściany.
Potem
stanął blisko niego.
Był
idealnym połączeniem swojego starego i mamy.
Czternaście
lat i już łamacz serc.
-
Będę musiał złożyć kolejną wizytę? - zapytał.
-
Odwal się, Hound - odgryzł się Dutch Black.
-
Pyskowałeś w szkole. Opuszczałeś zajęcia. Przyłapany z ręką w spodniach
piętnastoletniej dziewczyny. Dwa miesiące w pierwszej klasie i już dwa razy
zawieszony. To nie jest chłopak Blacka. To nie jest syn Keely. To nie ty.
Ogarnij się - ostrzegł Hound.
-
Nie masz zielonego pojęcia o tym, kim jestem - odparł Dutch.
To
było kłamstwo i to wkurzające, i obaj o tym wiedzieli.
Ale
Dutch szykował się, żeby zamknąć drzwi przed Hound’em, a ten nie mógł na to
pozwolić. Nie, gdy młody miał czternaście lat i stawką było to, jakim mężczyzną
miał się stać.
A
Dutch już się w tym wykładał, wydurniając się, robiąc głupie rzeczy, czym doprowadzał
swoją matkę do szału.
Hound
musiał uporządkować to gówno... i to teraz.
-
Poderżnąłem gardło facetowi, który zabił twojego tatę - Hound strzelił i
zobaczył, jak oczy Dutcha robią się wielkie - Ten facet, który wydał rozkaz
jego śmierci, dostał moją kulę jako pierwszy, w prawe oko. Zemsty nie traktuje
się lekko. Na zemstę można sobie zapracować i wymierzyć ją w taki sposób, w
jaki została kupiona. A co najważniejsze, zemstę wykonuje się w sposób, w jaki
wymaga tego powód, dla którego na nią ktoś zasłużył. Nie mrugnąłem okiem, zanim
oddałem ten strzał. Nie zawahałem się, zanim przeciągnąłem ostrzem po tym
gardle. A to dlatego, że facet, który zażądał tej zemsty, był twoim ojcem.
Kobietą, która zasłużyła na tę pomstę, była twoja matka. A chłopcy, którzy
zostali, którzy nie wiedzieli, że twój ojciec był prosty, solidny, niezłomny,
szczery do bólu, potrzebowali tego. Black cię stworzył, dzieciaku. On cię
wychował czy nie, nie tylko dobroć twojej matki, ale też to, jakim on był mężczyzną,
oznacza, że żyjesz,
oddychasz, cholernie istniejesz, żeby ich uszczęśliwiać. Słyszysz mnie?
-
Ty... ich zabiłeś? - zapytał Dutch.
-
Kurwa, tak, z tych dwóch momenty mojego życia jestem najbardziej dumny - odpowiedział
Hound.
-
Wow - mruknął Dutch.
Hound
nie miał nic do powiedzenia.
-
Wszyscy mówią, jaki on był cholernie świetny - powiedział Dutch.
-
To dlatego, że był cholernie świetny - odpowiedział Hound, odpuszczając pięść w
koszulce dzieciaka, ale nie odchodząc.
-
Ja... Jagger nawet go nie pamięta.
-
Ale ty pamiętasz.
Dutch
spojrzał na niego.
-
Pamiętasz - powtórzył Hound - I wiesz. Wiesz, że rozświetliłeś jego świat.
Wiesz, że nie był z niczego bardziej dumny niż z tego, że on i jego kobieta was
stworzyli.
Przystojna
twarz Dutcha stała się brzydka.
-
Jak był taki dumny, to czemu umarł?
-
Bo chciał żyć czysto i chciał postępować właściwie wobec swojej rodziny. Chciał
wślizgiwać się do łóżka z kobietą, którą kochał i nie wnosić do niego brudu.
Chciał robić naleśniki dla swoich chłopców w niedzielę i jeść je z wami, czując
w ustach tylko dobroć. Bo był w pełni zaangażowany w walkę o to. Bo był gotów
za to umrzeć. A życie jest po prostu do bani w sposób zbyt ogromny, by w pełni
pojąć, że był tym mężczyzną wśród nas, który to robił. Nie było brata z naszywką,
który nie chciałby zająć jego miejsca. Uwierz w to, Dutch, bo to jest szczera,
pieprzona prawda. I ja byłbym pierwszy w kolejce. I to nie byłoby dla twojej
matki. To nie byłoby dla was, chłopcy. To nie byłoby dla Chaosu. To byłoby dla
Blacka.
Dutch
szukał jakiegoś mądralińskiego gówna, które mógłby na to powiedzieć.
Ale
nie mógł go znaleźć.
-
Przestań się opieprzać i doprowadzać matkę do szału – rozkazał Hound. – Ona cię
potrzebuje. Jesteście dla niej wszystkim.
Dutch
miał coś do powiedzenia na ten temat.
-
Wiem, i to jest dla mnie cholernie za dużo. Mam czternaście lat, człowieku, a
Jag tylko dwanaście. Nie możemy być dla niej wszystkim.
-
Twój tata nie odpuściłby tej roboty i byłby wszystkim, czego potrzebowała.
Mówiąc to, kochałby każdą cholerną minutę i zabiłby, żeby mieć więcej.
Dutch
odwrócił wzrok, mięsień drgał w policzku, na którym jeszcze nie było meszku.
–
Masz go w sobie – powiedział cicho Hound – Bądź mężczyzną, jakim on nie miał
szansy w pełni być.
-
Jak mam to zrobić, skoro nie ma go tutaj, żeby mnie tego nauczyć? - Dutch
zapytał przestrzeń po ich bokach.
-
Jeśli potrzebujesz lekcji, przyjdź do mnie.
Dutch
spojrzał na niego, w jego ciemnych oczach czaiła się cierpienie i nadzieja.
-
Jeśli jeszcze tego nie udowodniłem, to ty nie zwracasz uwagi. Jestem tu dla
ciebie, dzieciaku, w każdym razie będziesz mnie potrzebować.
-
Jag też? - zapytał.
-
Absolutnie - odpowiedział Hound.
-
Chaos jest…
-
Wasz - dokończył za niego Hound - I to ty. Dorośniesz, zechcesz to oficjalnie
uznać, każdy facet tam przyjmie cię z otwartymi ramionami. Jeśli zechcesz,
żebyśmy cię wspierali, będziesz miał to do dnia, w którym każdy z nas
przestanie oddychać.
Coś
mu przemknęło przez twarz, zanim jego usta się wykrzywiły - Ona była tam mokra
i gorąca, facet.
Hound
puścił go, ale znów nie wyszedł z jego przestrzeni - Dorastasz za szybko. Z
tym, jak wyglądasz, dostaniesz swoją porcję gorącej, mokrej cipki. Zanim zdobył
twoją matkę, twój stary uczynił sztukę w zdobywaniu ich. Kiedy nadejdzie twój
czas, a przez to mam na myśli, że przede wszystkim powstrzymasz swoje gówno
przez kilka kolejnych lat, dorośniesz do nich. Nie będą dyszeć, jeśli nie
będziesz dawał z siebie wszystkiego. Jakbyś potrzebował wskazówek w tej
sprawie, porozmasz ze mną, Hop’em, Dogiem, Tack’iem. A po drugie, prezerwatywy.
Bez wymówek, bez wyjątków. Jak nie mógłbyś ich dostać, zadzwoń do mnie. Upewnię
się, że będziesz zaopatrzony.
Dutchowi
ukazało się coś jeszcze.
-
Ludzie mają złe zdanie o motocyklistach, Hound. Nie mam nawet pozwolenia na
naukę jazdy, ani motocykla, a mimo to - mój tata, Chaos, dzieciaki wiedzą
rzeczy i mówią gówno. Mam po prostu to znosić?
-
Kurwa, nie – odpowiedział Hound - Ale Jezu, synu, nie trać opanowania na
terenie szkoły. Jak dupki potrzebują lekcji, zawsze rób to mądrze i w pewien
sposób, a twoja mama nie czuje bólu, gdy to robisz.
Dutch
popatrzył na niego przez chwilę, zanim się uśmiechnął.
-
Sala ćwiczeń w Chaosie, twój tyłek jest tam – powiedział mu Hound. Jak pójdę na
siłownię, wezmę cię i zabiorę tam. Poćwiczymy. Upewnię się, że będziesz wiedział,
co robisz, nie zaskoczą cię, potrafisz przedstawić swoje racje i będziesz wiedział,
kiedy przestać. Mamy umowę?
Dutch
skinął głową. Próbował nie robić tego z entuzjazmem, ale mu się nie udało.
-
Jak będę musiał złożyć ci kolejną taką wizytę, to mnie nie uszczęśliwi – ostrzegł Hound.
-
Ale mnie nie zostawisz – stwierdził Dutch.
Hound
popatrzył na niego. Broda Dutcha poruszyła się w zabawny sposób, zanim zrobił
twardą minę i kontynuował - Nie zrezygnujesz ze mnie. Nie znikniesz. Tak?
-
Masz mnie, dzieciaku - wyszeptał Hound. - Zawsze.
-
Nie znikniesz.
-
Nie zniknę, Dutch.
-
Nigdy. Nie odejdziesz.
Chryste.
Wtedy
znowu przyłożyłby ostrze do gardła tego skurwiela, bez wątpienia.
-
Nigdy, synu - obiecał.
To
samo stało się z jego brodą, zanim Dutch odwrócił wzrok i wciągnął ostro
powietrze przez nos.
-
Jutro odbiorę cię z domu, zabiorę do Chaosu - powiedział Hound - Pokażę ci
ciężary. Po szkole. Załóż szorty, tenisówki, luźny top. Jasne?
Dutch
spojrzał na niego i skinął głową.
W
końcu Hound się odsunął.
-
Potrzebujesz podwózki do domu? - zapytał.
Dutch
pokręcił głową - Muszę odebrać Jaga. On wychodzi ze szkoły po mnie. Odprowadzę
go do domu.
Hound
skinął głową.
-
Więc, dzieciaku. Jeśli Jag zechce jutro z tobą pojechać, zadzwoń do mnie i daj
znać. Odbiorę was swoim pickupem.
Dutch
skinął głową.
Hound
ruszył w stronę swojego motocykla.
-
Hound? - zawołał Dutch.
Zatrzymał
się i odwrócił.
-
Miałem pięć lat – powiedział Dutch.
Hound
zesztywniał.
-
Ale nadal za nim tęsknię – dokończył.
-
Ja też, Dutch – Hound zmusił się do odpowiedzi.
Dutch
popatrzył.
Potem
odwrócił się i pobiegł w drugą stronę.
Pięć lat później...
Otworzyła
drzwi i jak zwykle, bo to on zawsze to robił, chyba że był na robocie, Hound
wyciągnął rękę w stronę Keely, trzymając kopertę z czekiem, który wypisała dla
niej Cherry.
-
Twoja działka w tym miesiącu - powiedział jej.
Wzięła
ją, patrząc mu w oczy - Dzięki, Hound.
Podniósł
brodę i, jak zawsze nie dodając niczego, zaczął się odwracać.
-
I dzięki za to wielkie pudełko prezerwatyw, które dostarczyłeś Jagowi -
kontynuowała, sprawiając, że Hound odwrócił się i znów na nią spojrzał - Miałam
o jedną rzecz mniej do wytykania palcami, kiedy weszłam i zobaczyłam, jak
uprawia seks z główną cheerleaderką na kanapie w salonie.
Chryste.
Ile
razy mówił tym chłopakom, żeby rozgrywali to mądrze, jeśli chodziło o
lokalizację i czas?
-
Jesteś ich matką, jeśli chcesz, żebym przestał być ich dostawcą, przestanę. To
nie moja rola, ale i tak powiem, że to nie jest mądre.
-
Proszę, nie przestawaj. Nie potrzebuję, żeby moi chłopcy byli tatusiami dla
połowy dzieci w Denver.
To
była dobra decyzja.
Hound
skinął głową.
Zamierzał
odejść, gdy go zatrzymała.
-
Dutch chce, żeby jego imię zostało zgłoszone do rekrutacji.
Jego
oczy znów powędrowały w jej stronę, jego serce ścisnęło się w dobry sposób, ale
nic nie powiedział.
-
Ty, Hound, mówię ci, nie pozwól, żeby chłopcy do tego dopuścili.
To
nie była dobra decyzja.
-
Wiesz, że to gówno nie jest w porządku - powiedział cicho.
-
Nie pozwól, żeby to się stało, Hound.
-
On ma Chaos we krwi.
-
Krew jego ojca wypłynęła dla Chaosu.
-
Jak powiedziałem, on ma Chaos we krwi.
Spojrzała
na niego surowo - Nigdy ci nie wybaczę, jeśli pozwolisz, żeby to się stało.
-
Black nigdy by ci nie wybaczył, gdybyś zrobiła coś, żeby to powstrzymać.
Nienawidził
tego, ale po tym, jak to powiedział, wyglądała, jakby ją uderzył. Więc
złagodził głos, kiedy powiedział - To było ostre, ale, kobieto, ale ty wiesz,
że to prawda.
Podniosła
kopertę, którą trzymała w dłoni i powiedziała - Możesz odejść, jak zawsze, ale
dzięki za to, Hound. Duży, gruby czek co miesiąc sprawia, że wam,
chłopakom, o wiele łatwiej
jest żyć z tym, co ja straciłam.
A
to była po prostu bzdura.
-
Jeśli choć przez sekundę myślisz, Keely, że tylko ty dostałaś taki cios, to
czas wyciągnąć głowę z tyłka, rozejrzeć się i zobaczyć, jakie to gówno naprawdę jest.
Znów
wyglądała, jakby ją uderzył, ale nie był delikatny, bo, kurczę, minęło już
czternaście lat.
Wiedzieli,
że nigdy się z tym nie pogodzi.
Ale
musiała znaleźć sposób, żeby to przezwyciężyć.
-
Masz rację - ciągnął Hound - Byliśmy tak cholernie skupieni na złagodzeniu
ciosu dla ciebie, że na swój sposób wszyscy doświadczyliśmy tego, że nie
widzieliśmy takiej opieki, jakiej naprawdę potrzebujesz, a to po to, żeby ktoś
ci powiedział, że musisz przestać taplać się w swoich bzdurach i wszystko
uporządkować, kobieto. Musisz przestać wpychać nam w twarz poczucie winy, które
i tak czujemy, smakujemy i przeżywamy każdego dnia. I musisz mieć pieprzone
życie.
Nie
wyglądała na tym, jakby to ją uderzyło.
Wyglądała
na skruszoną - Nie powinnam... Nie powinnam... nie ty. Zwłaszcza ty. Ty się podniosłeś. Wszyscy to
zrobili. Wszyscy się podnieśliście, ale głównie... ty. Nie powinnam była rzucać
tym w ciebie, Hound.
Aby
na tym zakończyć, skinął głową i znów się odwrócił, żeby odejść.
-
Dzięki za opiekę nad moimi chłopcami, Hound - zawołała do jego pleców - Z
prezerwatywami i... cóż, wszystkim.
Tym
razem nie zatrzymał się i nie odwrócił.
Bo
musiał. Musiał jej przynieść czek. Musiał mieć szansę, żeby spojrzeć jej w
twarz. Musiał mieć te kilka chwil, które mógł mieć w jej przestrzeni. Więc je
wykorzystywał. Zwłaszcza teraz, gdy chłopcy byli starsi, gdy wszyscy mniej go
potrzebowali.
A
także dlatego, że musiał, gdy już miał takie chwile, to się stamtąd wyniósł.
Więc
po prostu podniósł rękę, machnął nią i odszedł.
*****
Obecnie...
-
Nie sprawia mi przyjemności mówienie, że, kiedy ten dupek cię pokona, Hound,
przynajmniej nie zostawisz nikogo, kto kocha cię bardziej niż oddychanie -
rzuciła do niego Keely.
Próbował
się bronić i bał się, że nie udało mu się powstrzymać drgnięcia.
Tack
zwrócił na niego jej uwagę - Keely…
-
Nie dzwoń do mnie więcej, Tack - zażądała.
Jego
usta się zacisnęły.
Spojrzała
na Hound’a i wszystko w niej się zmieniło. Przeszła od wściekłej i agresywnej
do smutnej i pokonanej.
Oglądanie
tego zabijało.
-
Uważaj - szepnęła do Hound’a - Bądź super, kurwa, ostrożny, Hound. Bo możesz
nie mieć kobiety, która kocha cię bardziej niż własny oddech, ale nadal masz
ludzi, którzy cię kochają. Więc proszę, Boże, uważaj.
Po
tych słowach odwróciła się, a jej włosy rozwiały się, kiedy szarpnęła drzwi,
wyszła i zatrzasnęła je za sobą.
Poczuł
wzrok Tacka.
Miał
kontrolę. Jego twarz była neutralna.
Ale
nie mógł przestać patrzeć na drzwi.
-
Skończyliśmy? - zapytał Tack, a Hound rzucił spojrzenie bratu.
–
Tak – odpowiedział, odpychając się od ściany.
Tack
obserwował, jak przechodził wokół drugiego końca stołu, przy którym Tack
siedział w sali konferencyjnej w Kompleksie Chaosu. Poczekał, aż ręka Hound’a
znajdzie się na klamce, zanim zawołał jego imię.
Hound
spojrzał na niego.
–
Wiesz – powiedział ostrożnie.
–
Wiem co? - zapytał Hound.
–
Wiesz, że tam nie możesz iść.
Hound
zmarszczył brwi - Bracie, zadzwonisz do mnie, kiedy trzeba pójść tam, dokąd
nikt inny nie może iść. Co do cholery?
Tack
pokręcił głową, ale zrobił to, nie odrywając wzroku od Hound’a.
-
Wiesz, że tam nie pójdziesz. Ona
należy do Blacka. Żywa czy martwa, należy do Blacka. Może iść dalej. Mam cholerną
nadzieję, że kiedyś ruszy. Ale nie może iść dalej z Chaosem.
Wtedy
Hound się wkurzył.
Naprawdę
wkurzył.
Bo
żył w tym piekle tak długo, że czuł się, jakby się w nim urodził.
Ale
jego głos był cichy, kiedy odpowiedział - Myślisz, że nie wiem tego gówna?
-
Wiem, że wiesz - odparł Tack - Tylko ci przypominam.
-
Nie potrzebuję przypomnienia, bracie - warknął Hound, mając już tego dość,
teraz bardziej niż wcześniej po słowach Keely, które rzuciła, wyładował na bracie
- Żyłem z tym przez lata, będąc zakochanym w kobiecie, której nie mogę mieć.
Bez
wahania, po tym, jak to powiedział, otworzył drzwi i wyszedł. Kiedy je
zatrzasnął, drzwi się zatrzęsły.
Wiedział,
że miała powód, żeby być wściekła. Sprawy z Klubem znów stawały się
ekstremalne.
Tak
ekstremalnie, że wróg faktycznie porwał starszą panią. Jego sługusy położyły na
niej ręce. Uderzyły ją.
Teraz
była bezpieczna, ale to było nie w porządku.
Cholernie
nie w porządku.
Ponieważ
nie mieli wyboru, mimo że z biegiem lat coraz bardziej oddalała się od Klubu,
Keely była najbliżej dzieci High’a, więc kiedy kobieta High’a, Millie, została
porwana, Tack wezwał Keely, żeby do nich dotarła i się nimi zaopiekowała,
podczas gdy chłopcy wyszli do akcji.
A
ponieważ Keely widziała, że sytuacja znów jest ekstremalna, była wściekła.
Miała
do tego prawo. Miała powód. Więcej powodów niż ktokolwiek z nich i nie tylko dlatego,
że straciła Blacka, ale dlatego, że kiedyś ona i Millie były super blisko.
Kiedy ten dupek cię
pokona, Hound, przynajmniej nie zostawisz nikogo, kto kocha cię bardziej niż
oddychanie.
Wiedział,
że ona czuje głęboko.
Ale
to gówno było nie w porządku.
To
nie było w porządku.
To
cholernie bolało.
Przez
lata Hound robił wszystko, co mógł, i nie myślał o tym. Żył swoim życiem. Bawił
się. Osłaniał swój Klub. Opiekował się Keely. Dbał o chłopaków.
Ale
pieprzyć go, oddał całe swoje życie kobiecie, której nie tylko nie mógł mieć,
ale która nigdy nie będzie miała jego.
Co
on, kurwa, robił?
Nadal
był blisko z jej chłopakami. Ze wszystkich mężczyzn, a wszyscy mężczyźni
angażowali się w to, oni byli Hound’a.
I
tak miał pozostać, zwłaszcza że Dutch był gotowy wejść do Chaosu, zostać
rekrutem. Miał dwadzieścia jeden lat, zbliżał się do dwudziestu dwóch. Zdobył
licencję mechanika, kupił swój pierwszy motocykl i zdobył trochę doświadczenia.
Otrzymał również inne lekcje od Hound’a, jak i od wszystkich mężczyzn.
Nadszedł
jego czas.
Jag,
dziewiętnastolatek, miał pójść za ojcem, bratem.
Hound
wiedział, że Keely się to nie spodobało.
Ale
to nie był jego problem.
Jeśli
nie zamierzała go opłakiwać, jak on ruszy do walki, która nigdy nie umarła,
żeby utrzymać Klub w czystości, niech tak będzie.
Jeśli
nie wiedziała, że jej chłopcy znów będą zgubieni, jeśli Hound’a nie będzie w
pobliżu, pieprzyć ją.
Może
nie kochali go bardziej niż oddech.
Ale
był tam dla nich i dla niej, i nie prosił o żadne podziękowania, nie chciał
żadnych, to nie był obowiązek, to był jego przywilej.
Ale
miała rację.
Miał
ludzi, którzy go kochali.
Tylko
nie ona.
Dała
to jasno do zrozumienia.
Więc
nadszedł czas, żeby ruszyć dalej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz