czwartek, 21 listopada 2024

PROLOG - Nigdy nie będziesz sama

 

PROLOG

Nigdy nie będziesz sama

 

Siedemnaście lat temu…

- Masz coś do powiedzenia?

Hound stał w jednej linii ze swoimi braćmi z Klubu Motocyklowego Chaos, wpatrując się w mężczyznę klęczącego przed nimi i czekając, aż ten coś powie, żeby mogli to zakończyć.

Na rogach grupy tańczyły cztery kotły z ogniem. Poza księżycem, ogień był jedyną rzeczą oświetlającą polanę. Tańczył na mężczyźnie przed nimi i na otaczających go sosnach.

W promieniu wielu mil nie było nic poza naturą.

I żadnego dźwięku poza trzaskającymi płomieniami i mówiącymi mężczyznami.

- Wal się - mężczyzna na kolanach splunął, dosłownie. Słowa, które wychodziły z jego ust, zawierały ślinę, która, jak Hound widział nawet tylko w świetle ognia, zabarwiona była krwią.

Jego twarz była zmasakrowaną miazgą, bo był trzymany z rękami za plecami, podczas gdy każdy z braci zadawał podwójny cios, a każdy z nich był pełen siły, całej siły, jaką mogli zgromadzić.

A dzięki ich motywacji każdy z nich był w stanie zgromadzić mnóstwo siły. Hound był jedynym, który zadał trzeci cios, prosto w nerki.

To był pierwszy, ale nie ostatni raz, kiedy mężczyzna zwymiotował krwią.

Oczy miał spuchnięte, z jego ust ciekła krew, a skóra na policzkach została rozcięta.

Jego stan oznaczał, że się przechylał. Był na kolanach, bo go do tego zmuszono, a utrzymał pozycję prawdopodobnie dlatego, że nie miał już siły wstać.

Tu nie chodziło o lanie, jakiego doznał od swoich byłych braci.

Chodziło o to, że przyjął cięcie nożem głęboko na skórze pleców po trochu od każdego brata.

To był pomysł Tacka, a Hound i każdy brat, który z nim stał, poparli go.

Chodziło o zatarcie na jego plecach ich znaku, który czynił go bratem.

W rzadkim przypadku, gdy mężczyzna wyrzekał się Klubu, zamazywał tatuaż Chaosu wyryty na jego plecach.

Jeśli mężczyzna okazywał się zdrajcą braterstwa, ten tatuaż zostałby wypalony przez braci.

Ten człowiek, który był przed nimi, nie wyrzekł się Klubu.

Nie okazał się po prostu zdrajcą.

Zdradził go w sposób, jakiego nikt z nich nie spodziewał się.

W sposób, który żaden z nich nie mógł pozwolić, by pozostał bez zemsty.

W przenośni dźgnął brata w plecy.

Ale ten brat i tak został zabity, bo mężczyzna, który przed nimi klęczał, wydał rozkaz ataku.

Dlatego przyjął w plecy ich ostrza z dwóch powodów.

Oko dla Chaosu nie było okiem.

Było ciosem w twoje ciało.

Jeśli dźgniesz Chaos w plecy, to zostanie tobie zwrócone.

A nawet bardziej.

Mężczyzna klęczący przed Hound’em i wszystkimi braćmi MC Chaos miał teraz zmasakrowaną twarz i plecy, które były niczym innym, jak otwartą miazgą krwawego mięsa.

I wkrótce będzie takim, jakim uczynił Blacka.

Martwym.

Hound przesunął się na nogach, niecierpliwy, gdy ich nowy prezydent, Tack, naciskał - To wszystko, co masz do powiedzenia?

- Ssij mi fiuta - odpowiedział mężczyzna na kolanach.

Był znany jako Crank.

Był ich prezydentem. Ich przywódcą. Człowiekiem, który przysiągł czcić swoich braci. Szanować ich ponad wszystko.

Chronić ich, nawet jeśli oznaczało to poświęcenie własnego życia.

A on dla własnej chciwości i dumy, nie mającej nic wspólnego z braterstwem, powalił Blacka.

Wzrok Hound’a przesunął się na Tacka, gdy ten zbliżył się do Cranka.

- Ty byłeś Chaosem, a my byliśmy tobą - powiedział cicho Tack.

Wymagało to trochę wysiłku, ale Crank odchrząknął i splunął na buty Tacka. Nie trafiło w cel, ale powiedziało to, co chciał powiedzieć.

Hound znów niecierpliwie się poruszył, czując, jak zaciska mu się szczęka.

- Ty byłeś Blackiem, a on był tobą - kontynuował Tack, wciąż mówiąc cicho.

Hound poczuł to w gardle i przełknął z trudem, by to zmyć.

- Pieprz się – szepnął Crank.

– Zarządziłeś własną śmierć, zlecając jego – Tack powiedział mu coś, co musiał wiedzieć, ale nawet jeśli nie oni powiedzieli tego jasno w trakcie postępowania, wiedział to już wcześniej.

To, co zrobił, nie mogło zostać zamiecione pod dywan.

Nawet tam, w innym świecie, świecie, który nie był Chaosu i nie był przez niego rządzony.

Ale w ich świecie kara za to, co zrobił, nie była szybka i miała tylko jeden koniec.

- Skurwysynu - syknął Crank - Ty zabiłeś Blacka i cholernie o tym wiesz.

Hound warknął, patrząc na Tacka, by zobaczyć, jak jego szczęka stwardniała, co oznaczało, że jego brat to zauważył.

Wszyscy chłopcy zaczęli się niecierpliwić.

- Rozkaż ogień! - ryknął Hound.

- Od czasu, gdy byłeś rekrutem, chciałeś rządzić - odgryzł się Crank Tack’owi - To ty sprawiłeś, że Black jest tam, gdzie jest.

- Nie jesteśmy tacy, jakimi nas zrobiłeś - odparł Tack.

- Jesteśmy wyjęci spod prawa - odpalił Crank.

- Nie jesteśmy tym, czym nas uczyniłeś - odparł Tack.

Crank odchylił tułów do tyłu i zapytał sarkastycznie - Tak, jasne, więc mogę stąd odejść?

- Nie. Ty. Nie. Odejdziesz. - stwierdził Tack starannie, a wyraz jego twarzy zmienił się z zamyślonego na wrogi - Ponieważ jesteśmy... - pochylił się w stronę Cranka - wyjętymi spod prawa. Ale jesteśmy też… - pochylił się jeszcze bardziej do przodu - braćmi - Odchylił się do tyłu i odsunął o krok, rozkazując - Wstań.

- Jeśli pokonasz faceta na kolanach, będzie to postępowanie cipki tak, jak robisz z mojego Klubu cipę, więc za ciebie złożę to świadectwo, skoro pokonasz mnie na kolanach.

- Staw czoła śmierci na nogach - nalegał Tack.

- Dymaj się - Crank warknął.

Tack poświęcił chwilę, żeby go ocenić.

Potem mruknął - Twoja decyzja.

Po tym odszedł, zajmując swoje miejsce w linii.

Mężczyźni przeszli od niespokojnych do naelektryzowanych.

Tack to wyczuł i nie tracił więcej czasu. Nie mógł. Gdyby ktoś wybiegł przed szereg, nie byłoby to tym, czego Tack potrzebował, czego potrzebowali bracia.

Tack’owi nie chodziło o to, żeby jeden mężczyzna odebrał innym prawo do zemsty.

Tack’owi chodziło o to, żeby jeden mężczyzna wziął na siebie ciężar końca istoty ludzkiej, nawet jeśli ta istota była człowiekiem tak podłym, brudnym, bezużytecznym i absolutnym marnotrawstwem miejsca jak Crank. Zrobiliby to jako jedność.

Zrobiliby to jako grupa braci.

Taki właśnie był Kane „Tack” Allen.

To właśnie tak prowadził Chaos.

- Bracie Crank – zawołał Tack - Zostałeś uznany za winnego przestępstwa przeciwko braterstwu, najgorszego w swoim rodzaju, bo zdrady brata. Twoja naszywka została zdjęta. Zgnijesz bez znaku Chaosu na plecach. Twoim ostatnim wyrokiem jest egzekucja. Miałeś szansę przemówić. Masz pięć sekund, żeby stanąć na nogi, zanim spotkasz swojego stwórcę.

W końcu, nie mogąc zrobić tego na kolanach, Crank z trudem podniósł się na nogi.

- Gotowi! - krzyknął Tack.

Wszyscy mężczyźni podnieśli broń i wycelowali w Cranka.

Ale kiedy Hound wycelował, jego uwaga nie była skupiona na Cranku.

Patrzył na Cranka, ale wszystko, co miał, było skupione na Tack’u.

Więc w chwili, gdy rozległ się pierwszy dźwięk pierwszej litery, a Tack zagrzmiał - Ognia! - Hound już nacisnął spust.

Minęła nanosekunda, zanim którykolwiek z jego braci, którzy zrobili to samo, nacisnął swój.

Ale Hound wiedział, że to jego kula jako pierwsza przebiła Cranka.

I trafiła prosto w jego oko.

To uszczęśliwiło Hound’a.

*****

Później tej nocy, wczesnym rankiem, Hound był z Tack’iem, gdy poszli do domu. Był jednym z pięciu mężczyzn, którzy mu towarzyszyli - Hop, Boz, Dog, Brick i Hound. Wszyscy oni, jak wiedział Hound, byli brani pod uwagę jako porucznicy Tacka.

Dla Hound’a, który był młody, to wyróżnienie było ogromnym zaszczytem.

Mimo to.

Hound tego nie chciał.

Miał inną pozycję w Klubie, teraz bardziej niż kiedykolwiek.

I musiał mieć swobodę, żeby się na tym skupić.

Ale i tak poszedł.

Musiał.

Jak dla niego; nie było innego wyjścia.

Tack zapukał do drzwi, a ona nie kazała im czekać. Prawdopodobnie nie spała od tygodni. Ale wiedziała, że ​​mogła tego oczekiwać.

Ponieważ była Chaosem.

Kiedy je otworzyła, Hound poczuł, że jej widok uderzył go jak cios w gardło.

Nie chodziło o jej urodę, która była ekstremalna.

Czarne włosy, które lśniły jak jedwab. Ostre rysy, na których wyraźnie odciskało się jej amerykańskie pochodzenie, były albo rdzenne, albo poważnie egzotyczne. Ciało długie i szczupłe. Cycki jędrne i wysokie. Tyłek okrągły i słodki. Skóra gładka i opalona.

Lata temu Hound okrążył Kompleks, żeby wyrzucić tam opróżnioną beczkę i przyłapał Blacka na pieprzeniu jego ówczesnej narzeczonej, teraz wdowy, przy tylnej ścianie budynku. Zanim się cicho wycofał, zobaczył tę piękną twarz wykrzywioną w orgazmie i nigdy jej nie zapomniał.

Ale to było przed tym, zanim wziął na siebie winę za Keely Black.

Więc teraz z tym ciosem w gardło nie chodziło o jej urodę.

Teraz chodziło o martwotę w jej oczach, o żal, jaki był wyryty w jej rysach w sposób, który znał każdy brat, zwłaszcza Hound, z uwagą, jaką jej poświęcił, widział, że nie włożyła wysiłku w to, żeby to wygładzić.

Poznała go, zakochała się, wyszła za mąż i dała dwóch synów jedynemu mężczyźnie na ziemi, który był dla niej wystarczająco dobry.

Teraz nie żył.

A ona może i oddychała, ale też była martwa.

- Gdzie są chłopcy, Słonko? – mruknął Tack.

- Śpią - odpowiedziała Keely, jej niezwykły, niski, gładki głos nawet przy tym jednym słowie prześlizgiwał się przez powietrze jak fala aksamitu.

Znała zasady, więc usunęła się z drogi, by Tack wszedł.

Hop, Boz, Dog, Brick i Hound weszli za nim. Każdy mężczyzna poświęcił jej chwilę, zatrzymując się, dotykając jej, przyciskając usta do jej czoła, zarośnięte policzki do jej gładkiego.

Nie Hound.

Zatrzymał się przed nią i spojrzał w jej ciemnobrązowe oczy.

Spojrzała w jego oczy.

Zająłbym jego miejsce, gdybym mógł - pomyślał.

Ale nic nie powiedział.

Po prostu poszedł za braćmi i wszedł do jej salonu.

Keely poszła za nim, a gdy Hound zatrzymał się przy Brick’u, Tack przemówił.

- Już zrobione.

Przez sekundę Hound nie wiedziała, czy go usłyszała.

Potem zapytała - Już?

- Tak jest, Słonko - powiedział łagodnie Tack - Black został pomszczony.

Nie pomszczony - pomyślał Hound - Jeszcze nie. Nie do końca. Ale tak się stanie.

- Co teraz? - zapytała Keely, a Hound uznał, że poświęcał jej całą swoją uwagę, ale po tym pytaniu zdał sobie sprawę, że się mylił.

- My… - zaczął Tack.

- Nie obchodzi mnie Chaos - przerwała mu.

Poczuł, jak mężczyźni obok niego wciągnęli powietrze, nieswojo przestąpili z nogi na nogę, bo nie dotyczyło to tylko braterstwa. Powiedziała to Keely, która była starszą panią, ale była częścią Chaosu, poprzez Blacka, ale też sama, kochała swoje miejsce w nim tak bardzo, że było to jak cios w brzuch.

Ale Hound zmrużył oczy, przyglądając się jej każdemu calowi, jego płuca płonęły, dłonie swędziały, jego potrzeba, by do niej podejść, przyciągnąć ją do siebie, wchłonąć jej ból, sprawić, by wszystko było w porządku, była tak przytłaczająca, że ​​poczuł, jak jego energia wycieka z niego z wysiłkiem, jaki włożył, by to powstrzymać.

- Chcę wiedzieć, co teraz? Co teraz dla mnie? Dla moich chłopców? - zapytała.

- Zaopiekujemy się tobą, Keely. Tak jak Black był z nami, aż do ostatniego tchnienia, Chaos będzie cię wspierał. Dostaniesz jego część ze wszystkiego w sklepie, w warsztacie. Bracia będą…

- Wyniesiesz śmieci? - zapytała.

Tak - pomyślał Hound.

Brick wkroczył do akcji - Jeśli tego potrzebujesz, mała.

Spojrzała na Bricka - Okej, to kto będzie robił moim chłopcom pancakesy z czekoladą i masłem orzechowym w każdą niedzielę rano?

Ja zrobię - pomyślał Hound.

- Keely, kochanie… - zaczął Tack.

- I kto wyciągnie tyłek Dutcha z łóżka, kiedy będzie utrapieniem. Chodzi do zerówki i tak bardzo nienawidzi szkoły, że wiem, że będę musiała walczyć przez następne dwanaście lat, aż zobaczy jej koniec.

Ja to zrobię - pomyślał Hound.

- Będziemy tam dla twoich chłopców - powiedział Dog.

To było tak, jakby Dog nie odezwał się.

- Keely, Słonko – Hop próbował delikatnie.

- Jeszcze nie jest skończone – warknęła, pochylając się w stronę Tacka, a jej piękna twarz wykrzywiła się w agonii, której żadna kobieta nie powinna znosić – Nigdy się nie skończy.

- Użyłem złych słów, kochanie, tak mi przykro – wyszeptał Tack.

- Jak jest skończone? – zażądała odpowiedzi.

- On jest bardzo skończony – odpowiedział stanowczo Boz.

- Kto to zrobił? – zapytała Boza.

- Wszyscy to zrobiliśmy – odpowiedział Hop.

Ale jej oczy powędrowały prosto do Hound’a.

I spojrzał jej prosto w oczy.

Wiedziała.

Był powód, dla którego nazywano go Hound.

Zaczęło się jako żart, faceci czepiali się go o jego niezwykłe imię.

Ale z piekłem, w które wrzucił ich Crank, przerodziło się to w coś innego.

Lojalność, jedno.

Upór, drugie.

Trudno go było powstrzymać, a gdy już wyczuł zapach, niemożliwe było powstrzymanie go, kolejne.

Nie poddający się i robiący nadgodziny, dopóki praca nie została wykonana, ostatnie.

Była starszą panią i żyła długo.

Ale była Keely, jej serce było tak otwarte i hojne, jak jej usta były mądre. Była Blacka i była Chaosu i kochała to. Znała każdego brata aż do duszy. Nawet jeśli jej tego nie dawali, obserwowała, dbała o nich w każdy możliwy sposób.

Wiedziała.

Ponieważ pierwsza część, która uczyniła z Hound’a tego, kim był, była najważniejsza.

- Straciliśmy Blacka, ale ty, Dutch i Jagger nie straciliście Chaosu - powiedział jej Tack, a ona zwróciła na niego uwagę.

Hound poczuł, jak całe jego ciało sztywnieje, gdy zmiana zaczęła pojawiać się w jej rysach twarzy, i poczuł, że jego bracia odczuwają to samo, gdy powietrze w pokoju stało się duszne.

- Nie mogę tego zrobić - powiedziała cicho.

- Możesz - powiedział stanowczo Tack.

- Chłopcy są zagubieni - wyszeptała, a agonia kobiety, która straciła swojego mężczyznę, rozpłynęła się w coś o wiele trudniejszego do obserwowania.

Udręka matki, której synowie stracili ojca.

- Utrzymamy ich w równowadze - przyrzekł Tack.

- Ja... - urwała i przełknęła ślinę.

- Jesteśmy z tobą - powiedział łagodnie Tack - Zawsze będziemy. Zawsze będziemy przy tobie.

Keely nic nie powiedziała, po prostu patrzyła w oczy Tacka, jakby czekała, aż klaśnie w dłonie, obudzi się, a koszmar, który przeżywała, dobiegnie końca i będzie mogła odpocząć, wiedząc, że to wszystko był zły sen.

Tack tego nie zrobił, bo nie mógł.

- Nigdy nie będziesz sama.

Odwróciła się do niego.

- Nie rozumiesz tego – wyszeptała – Nie był moją drugą połówką. Nie dopełniał mnie. Nie był moim staruszkiem. Nie był moim mężem. Nie był fiutem, na którego wpadłam. Nie był ojcem moich synów. Był… – jej głos nagle stał się chrapliwy – moim życiem. Był moim powodem, dla którego wstawałam każdego dnia i oddychałam. Odszedł, a ja tracąc to, tracąc jego, zawsze, zawsze będę sama.

Hound nie odpowiedział, ponieważ nie miał nikogo, ale także dlatego, że znów poczuł się, jakby ktoś go uderzył w gardło.

- Zaopiekujemy się tobą – powiedział jej Tack, a jej spojrzenie powędrowało w jego stronę - Proszę, kochanie, on by tego chciał, więc pozwolisz nam się tobą zaopiekować?

Odrzuciła głowę, a kosmyk jej włosów zalśnił w świetle nad kanapą, gdzie była jedyna zapalona lampa - On by tego chciał, masz rację. Więc... tak - zgodziła się.

- Pozwól mi przyprowadzić tu Bev - zasugerował ponownie Boz.

Spojrzała na niego.

Po czym skinęła głową.

- Boz, idź. Zadzwoń - rozkazał Tack, a następnie zwrócił się do Hopa, Doga, Bricka i Hound’a. - Po prostu idźcie. Zostanę, aż przyjdzie Bev.

Hop, Dog i Brick skinęli głowami i ruszyli w stronę Keely.

Hound po prostu ruszył do drzwi.

Odwrócił się do niej i złapał jej spojrzenie, zanim wyszedł.

Nie miał pojęcia, czy odczytała jego obietnicę.

Ale to nie miało znaczenia.

Nadal zamierzał jej dotrzymać.

*****

Trzymał ją za włosy na kolanach.

Jej koleżanka stała, przyciskając się do ściany, ze strachem wymalowanym na twarzy, a po policzkach spływały jej łzy.

- Czy wyraziłem się jasno? – zapytał Hound, nachylając się nad nią i wplatając dłoń w jej włosy.

- Jasne, Hound – wyjąkała.

- Na litość boską, jeśli stwierdzę, że nie... - Nie dokończył.

Błysk przerażenia w jej oczach powiedział, że nie musiał.

Puścił ją, szarpiąc za włosy i rzucając ją na plecy, a jej nogi zgięte w nienaturalny sposób nie był jedynym powodem, dla którego wydała okrzyk bólu i zaskoczenia.

Bez słowa odwrócił się i odszedł od dwóch prostytutek, których Chaos był kiedyś sutenerem, zanim Tack oczyścił ich z tego gówna, którego żadne z nich, oprócz Chew, który wyrzekł się Klubu, zanim wykonali egzekucję, z którą się nie zgadzał, nie chciał wykonać jako pierwszego w kolejności. Hound nie miał pojęcia, jak to się zaczęło. Wtedy nie był jeszcze Chaosem.

Wiedział tylko, że Tack miał plany, żeby to zakończyć.

Więc stał się Chaosem.

To były dwie prostytutki, które poinformowały Cranka, że ​​Tack podejmował działania, aby przejąć Klub i go oczyścić.

Dwie prostytutki, które zainicjowały to, że Crank zlecił zabójstwo brata, aby skupić swoją uwagę na tym, gdzie chciał, aby byli.

- Hop, to nie było to, co myślisz - zawołała ta przy ścianie. - Nie mieliśmy wyboru. My...

Hop jej przerwał - Crank gnije. Pomyśl o tym, suko.

Hound ledwo przekroczył drzwi, gdy usłyszał, jak trzasnęły.

Obejrzał się za siebie i zobaczył, że szedł za nim Hop.

- Jeśli nie opuszczą miasta... - warknął Hound, znów nie kończąc.

- Pójdą - wycedził Hop.

Hound nie powiedział już ani słowa.

Odwrócił się twarzą do przodu i ruszył dalej.

Miał coś do zrobienia.

*****

Tack położył rękę na jego piersi i odepchnął go.

- Już tacy nie jesteśmy my, bracie - warknął - Nadal mamy pracę do wykonania, żeby się oczyścić, ale ta część umarła, kiedy Crank uderzył o ziemię.

Hound zablokował nogi i stanął pewnie, wpatrując się prosto w oczy Tacka.

- To jest skończone – powiedział mu cicho Tack.

Tak - pomyślał Hound - Tak będzie.

Wtedy, błyskawicznie, zdeterminowany, odsunął się od ręki Tacka, szybko podszedł do mężczyzny przywiązanego do krzesła, złapał go za włosy, odchylił głowę do tyłu, wyszarpnął nóż zza paska i nie wahał się ani chwili, zanim przeciągnął ostrze po gardle, wbijając się głęboko.

Krew trysnęła. Oczy mężczyzny zrobiły się ogromne. W jego gardle bulgotało.

Hound obserwował to beznamiętnie.

Mężczyzna na tym krześle wykonał zlecenie na Blacku.

A teraz umrze tak, jak zabił brata Hound’a. Mężczyznę Chaosu.

Życie Keely.

- Kurwa, tak – zagrzmiał High, stojący z boku.

- Tak jak powinno być – stwierdził Arlo, stojący z nim - Zrobione – warknął Pete, stojący za krzesłem mężczyzny.

Hound odwrócił się i zatrzymał, ponieważ Tack stał tuż obok.

- Teraz już tacy nie jesteśmy, bracie – stwierdził Hound.

Następnie ominął go i wyszedł z chaty Chaosu u podnóża wzgórz.

*****

Prawdopodobnie słyszała jego motocykl.

Bez względu na powód, Hound nie stał zbyt długo w połowie chodnika do jej tylnych drzwi, zanim te się otworzyły i stanęła w nich, z idealnymi włosami, wyczerpaną twarzą, bezkształtną koszulą nocną, którą miała na sobie, opadającą na niej.

Był cały we krwi.

Nie musiał mówić ani słowa.

Patrzyła na niego, nie z przerażeniem, nie ze strachem.

Z żalem.

I nie tylko z powodu swojej straty.

Z powodu tego, dokąd zaprowadziło to Hound’a.

- Teraz już po wszystkim - warknął.

Usłyszał jej szept z połowy podwórka.

- Hound - to było wszystko, co powiedziała.

- Stań na nogi - to wszystko, co odpowiedział, żeby zakończyć.

Następnie odwrócił się i odszedł.

*****

Miesiąc później. . .

Keely wielokrotnie zatrzaskując telefonem o podstawkę, zaalarmowała wszystkich pięciu mężczyzn siedzących przy jej kuchennym stole, a oczy wszystkich, w tym Hound’a, przeniosły się z pokera na nią.

- Yo – zawołał Arlo i po tym słowie zamarła ze słuchawką na widełkach, wciąż trzymając ją w dłoni i wściekle spojrzała na telefon.

- Wszystko w porządku, Słodziaczku? – zapytał łagodnie Pete.

Zdjęła rękę z telefonu i odwróciła się.

- Więc moi rodzice nie byli tacy podekscytowani, że umawiałam się z facetem z gangu motocyklowego – zaczęła.

Hound poczuł, jak zacisnęła mu się szczęka na dźwięk słowa „gang”. Wiedział, że mówiła takie rzeczy, bo jej rodzice tak myśleli. Wiedział, że ona wiedziała lepiej. Byli Klubem. Osoba z zewnątrz mogłaby nie zauważyć dużej różnicy. Ale była i to ogromna.

- Dlatego nie trzeba dodawać, że nie byli podekscytowani tym, że za niego wyszłam i zaszłam z nim w ciążę… dwa razy – ciągnęła - Więc nie jest tak, że nie wiem, że nie byli największymi fanami Grahama.

Na to Hound powstrzymał się od drgnięcia. Nie nazywali Blacka „Black”, bo tak brzmiało jego nazwisko, a tak było.

Nazywali go Black, bo ten człowiek był tak daleki od ciemności, że to było cholernie zabawne, że to było jego nazwisko.

Był dobrocią.

Był światłem.

Był braterstwem.

Jeśli między braćmi dochodziło do nieporozumień, Black wkraczał i rozśmieszał wszystkich.

Gdy któryś z dzieciaków brata wchodził do Kompleksu, Black brał go na ramiona zanim ktoś kichnął i wygłupiał się.

Wszyscy mieli swoje miejsce w Klubie, a miejsce Blacka było spoiwem, które trzymało ich razem w niepewnych czasach lub w czasach, gdy te wstrząsy były jak trzęsienia ziemi.

Ale to też dlatego, że był ich światłem. Latarnią brata, którym wszyscy chcieli, żeby był Klub. Był cały za Chaosem. Był cały za Keely. Był cały za jego chłopcami. I nic na tej ziemi nie miało znaczenia poza tym. Ani pieniądze. Ani szacunek. Nic.

Nie był Grahamem.

To było solidne imię i Hound słyszał, jak Keely go tak nazywała, ale zwykle w żartobliwy sposób. Przez resztę czasu, jeśli nie używała nic słodkiego, zawsze był to Black.

Porzuciła imię Black odkąd umarł, a Hound wiedział, że to był kolejny sposób, w jaki chciała porzucić braterstwo - Więc teraz, zasadniczo… kontynuowała - mają wrażenie, że to ja sobie pościeliłam, pościeliłam moim chłopcom i musimy w tym spać.

Pieprzeni dupki - pomyślał Hound.

- Czego potrzebujesz? - Brick zapytał cicho, a jej wkurzone oczy powędrowały w jego stronę.

- Muszę, żeby moi rodzice przejęli się tym, że gardło mojego męża zostało poderżnięte - warknęła.

Hound, ani żaden brat, nie mogli powstrzymać drgnięcia na to.

Wyszła tupiąc.

Mężczyźni wokół stołu spojrzeli po sobie.

- Zawsze byli skurwysynami – mruknął Dog pod nosem - Pamiętasz ich ślub. Mieli wbite kije tak głęboko w tyłki, że aż dziw, że nie wyszli im z pysków.

Hound też to pamiętał.

- Lepiej jej bez nich – wtrącił Arlo - Ma Chaos, nie potrzebuje ich gówna.

Wiedział, że to była prawda. Każdy facet przy tym stole wiedział, że to była prawda.

Problem był w tym, że Keely nie wiedziała.

Poczekał, aż wygrał pieniądze od wszystkich braci, wkurzyli się i zrobiło się późno, więc wszyscy uciekli.

On został jako ostatni.

Ona była przy drzwiach.

On też.

Poczekał znowu, tym razem aż niecierpliwie złapała jego spojrzenie.

Chciała, żeby odszedł.

- Nieważne, czy nas chcesz, czy nie, masz rodzinę, która cię chce. Nie możesz nic zrobić, żeby to zmienić. Nic, Keely. Jesteśmy twoi. Na zawsze - Po tym nie pozwolił jej powiedzieć ani słowa.

Hound dał jej to, czego chciała.

Odszedł.

*****

Kilka miesięcy później...

Hound stał na końcu chodnika z rękami skrzyżowanymi na piersi, a jego skórzana kurtka na ramionach odbijała październikowy chłód i patrzył, jak Keely wracała chodnikiem z Dutchem i Jaggerem.

Dutch zażądał, aby jego kostium na Halloween był mini-biker, i jakkolwiek Keely się sprzeciwiała, nie chciał o tym słyszeć.

A gdzie poszedł Dutch, tam Jagger szedł za nim.

Więc obaj byli w dżinsach, małych butach motocyklowych, białych koszulkach, małych skórzanych kamizelkach, które zrobiła im Bev, z bandanami zawiązanymi na czołach.

Dutcha była czerwona. To była bandana Blacka, nosił ją cały czas. Teraz Dutch miał ją cały czas.

Co zabawne, Jaggera była fioletowa. To była bandana Keely. Ona też ją nosiła cały czas: zawiązaną wokół szyi lub owiniętą wokół górnej części czaszki i zawiązaną z tyłu, a jej włosy spływały pod nią. Nawet owiniętą wokół nadgarstka. Dutch powiedział Jagowi, że prawdziwi motocykliści nie noszą fioletu, ale Jag się uparł i fiolet był.

Keely dotarła do Hound’a i zatrzymała się.

- Straszysz wszystkich sąsiadów – oskarżyła.

- Dobrze – odpowiedział.

Dutch roześmiał się.

Jagger wyrwał rękę z ręki mamy i złapał Hound’a.

Potem pociągnął za niego, chrząkając i żądając - Chodźmy! Cukierek!

Hound pozwolił się pociągnąć.

Keely szła obok Dutcha.

Hound stał na końcu ścieżki, gdy wszyscy szli do następnego domu (Jagger biegł do drzwi, Dutch udawał obojętnego).

Zrobił to samo przy następnym domu.

I następnym.

I następnym.

*****

Rok i dwa miesiące później...

Hound wrócił na chodnik, do kuchni i zobaczył Keely tam, gdzie ją zostawił, przy kuchennym stole, praktycznie zakopaną pod świątecznym papierem, kokardkami i wstążkami.

- Śmieci wyrzucone - mruknął.

Spojrzała na niego i skinęła głową.

Spojrzał na drzwi prowadzące do reszty domu, a potem z powrotem na nią - Gdzie Bev?

- Musi przygotować się na własne święta - powiedziała mu.

Skinął głową.

Zrozumiał to, skoro była Wigilia.

- Co jeszcze masz do roboty? - zapytał.

Była rozproszona przez opakowania, pudełka i podobne gówno, a jej oczy powędrowały w jego stronę.

- Miniaturowy motocykl Flintstone’a dla Jaga, na który można było używać nóg, przyszedł rozmontowany.

- Jasne - mruknął ponownie - Gdzie jest?

- Pudełko jest w piwnicy.

Skinął głową raz, odwrócił się i skierował do drzwi w piwnicy. Złożył mały motocykl i wjechał nim po schodach.

Przywiązała do niego kokardę, a on położył go pod choinką.

- Jesteś super, Hound, dzięki – wyszeptała – Teraz idź do domu. I wesołych świąt.

Ponownie skinął głową.

- Później.

Jej oczy pozostały martwe, ale jej piękna twarz stała się miękka - Później, Słonko.

Hound wyszedł tylnymi drzwiami.

*****

Cztery lata później...

Hound nie spieszył się po korytarzach szpitala.

Ale nie tracił czasu.

Udał się do stanowiska pielęgniarek i mruknął - Black.

Pielęgniarka za stanowiskiem spojrzała na niego wielkimi oczami, a jej osąd na temat motocyklistów był tak chujowy, że nie miała ochoty mówić. Podniosła tylko rękę i wskazała krótki korytarz na końcu, na którym znajdowało się kilka zasłoniętych stanowisk.

Hound poszedł w tamtą stronę.

Kiedy dotarł do stanowisk, spojrzał w lewo i prawo.

Było ich trzy po lewej.

Ledwo wszedł do środka, gdy Dutch wpadł na niego, owijając swoje małe dziecięce rączki wokół jego bioder.

Położył rękę na plecach chłopca.

Lekarz, pielęgniarz lub ktokolwiek, kto zajmował się Jag’iem w łóżku, spojrzał na niego.

- W czym mogę pomóc?

Dutch obrócił się, tak że ręka Hound’a znalazła się na jego piersi.

- On jest z nami - powiedział.

Hound nie był i nigdy nie będzie.

I zdecydowanie był i zawsze będzie.

Hound oderwał wzrok od bladego Jaga z wykrzywioną twarzą i żółtą koszulką poplamioną krwią i spojrzał na siedzącą obok niego Keely, która wyglądała na jeszcze bledszą i całkowicie przerażoną.

Jej oczy były przyklejone do Hound’a.

- Co się stało? - zapytał.

- To moja wina - powiedział Dutch i spojrzał na dzieciaka.

Wtedy Hound zwrócił wzrok na jego brata i zobaczył otwartą ranę rozdzierającą mięśnie jego chudego, dziecięcego przedramienia, którą pielęgniarz, lekarz lub ktokolwiek to był, zszywał.

Ponownie zwrócił uwagę na Dutcha.

- Jak to zrobiłeś? - zapytał cicho.

- Kłóciliśmy się - wtrącił Jag, jego głos był zwykle głośny i podekscytowany, ale słaby - Zrobiłem źle.

- Wszystko w porządku, kochanie - wyszeptała Keely - Zszyją cię, wszystko będzie dobrze.

- Tylko się wygłupialiśmy - mruknął Dutch. Hound znów na niego spojrzał, a jego ton był nadal spokojny, gdy zapytał - Powiedz mi, jak wygłupianie się doprowadziło do zranienia tak twojego brata, synu.

- Wygłupialiśmy się, potem ja się wkurzyłem, potem Jag się wkurzył, potem mama kazała nam uspokoić się i wysłała mnie na podwórko, a Jaga do swojego pokoju, ale Jag był tak wściekły, że poszedł do tylnych drzwi i uderzył pięścią w szybę, która przeszła na wylot i się skaleczył - odpowiedział Dutch, wyglądając na przybitego. Spojrzał na swoje stopy - Ale powinienem był uspokoić się, zanim do tego doszło. Więc to ja popełniłem błąd i wiem o tym.

- Czego się z tego nauczyłeś? - zapytał Hound.

- Hę? - zapytał Dutch, podnosząc głowę.

- Czego się z tego nauczyłeś? - powtórzył Hound.

- Eee... nie wiem – odpowiedział Dutch.

Hound spojrzał na Jaggera - Czego się z tego nauczyłeś, Jag?

- Cóż, eee... nie uderzać pięścią w szybę? – zapytał Jagger, niepewny, czy jego odpowiedź była właściwa.

Hound powstrzymał uśmiech i przekazał im wiedzę.

- Nauczyłeś się, że życie samo zadaje ciosy, więc musisz być silny, żeby im stawić czoła. Nie marnuj energii na walkę z bratem. Nigdy nie walcz z bratem. Twój brat będzie stał po twojej stronie od teraz do końca życia. Możesz się na niego wkurzyć. Możesz mieć jakieś słowa. Ale nie walcz. Słyszysz mnie?

- Tak, proszę pana – mruknął Jag.

Hound przeniósł wzrok na Dutcha.

- Tak, proszę pana – mruknął Dutch.

Spojrzał na Keely i nie pozwolił, aby wyraz jej twarzy przebił się przez niego.

- Okno? - zapytał.

- Jest rozwalone - powiedziała mu.

Skinął głową i znów spojrzał na Dutcha - Idziesz ze mną. Naprawiamy okno - Ponownie zwrócił uwagę na Keely - Masz Jaga.

Skinęła głową.

Następnie spojrzał na lekarza lub pielęgniarza, czy kimkolwiek był - Ile szwów?

- Prawdopodobnie… - zaczął, wciąż pracując - siedemnaście, może kilka więcej.

Hound uśmiechnął się do Jaga - Chłopie, jak się zakrwawiasz, to robisz to na całego. Pierwsza blizna po bitwie.

Jag odwzajemnił uśmiech.

Poczuł, że ten konkretny komentarz nie wywołał u Keely łagodnego, wdzięcznego spojrzenia, ale nie spojrzał na nią, żeby jej nie wkurzyć.

Owinął palce wokół ramienia Dutcha i powiedział - To my jedziemy.

- Okej, Hound - mruknął Dutch.

- Później - powiedział do Jaga, odwracając się, żeby odejść.

- Później, Hound - odpowiedział Jag.

Jego wzrok ominął Keely - Później.

- Później.

Po tych słowach on i Dutch ruszyli.

Potem zrobili to tak, jak zawsze robił, kiedy był ze swoim Hound’em, ale nie robił tego od jakiegoś czasu, odkąd osiągnął wiek, w którym mógł przestać to robić, ale sytuacja sprawiła, że ​​tego potrzebował, więc Dutch znalazł rękę Hound’a i chwycił  za nią. A widząc, że Dutch osiągnął wiek, w którym Hound stracił to ze swoim chłopcem, zamiast mu przypominać, że nadszedł czas, aby pomyślał o byciu mężczyzną, którym się stawał, jak zawsze to robił, Hound mu pozwolił.

*****

Trzy lata później...

Trzymając pięścią brzeg jego koszulki, Hound przyparł dzieciaka do ceglanej ściany.

Potem stanął blisko niego.

Był idealnym połączeniem swojego starego i mamy.

Czternaście lat i już łamacz serc.

- Będę musiał złożyć kolejną wizytę? - zapytał.

- Odwal się, Hound - odgryzł się Dutch Black.

- Pyskowałeś w szkole. Opuszczałeś zajęcia. Przyłapany z ręką w spodniach piętnastoletniej dziewczyny. Dwa miesiące w pierwszej klasie i już dwa razy zawieszony. To nie jest chłopak Blacka. To nie jest syn Keely. To nie ty. Ogarnij się - ostrzegł Hound.

- Nie masz zielonego pojęcia o tym, kim jestem - odparł Dutch.

To było kłamstwo i to wkurzające, i obaj o tym wiedzieli.

Ale Dutch szykował się, żeby zamknąć drzwi przed Hound’em, a ten nie mógł na to pozwolić. Nie, gdy młody miał czternaście lat i stawką było to, jakim mężczyzną miał się stać.

A Dutch już się w tym wykładał, wydurniając się, robiąc głupie rzeczy, czym doprowadzał swoją matkę do szału.

Hound musiał uporządkować to gówno... i to teraz.

- Poderżnąłem gardło facetowi, który zabił twojego tatę - Hound strzelił i zobaczył, jak oczy Dutcha robią się wielkie - Ten facet, który wydał rozkaz jego śmierci, dostał moją kulę jako pierwszy, w prawe oko. Zemsty nie traktuje się lekko. Na zemstę można sobie zapracować i wymierzyć ją w taki sposób, w jaki została kupiona. A co najważniejsze, zemstę wykonuje się w sposób, w jaki wymaga tego powód, dla którego na nią ktoś zasłużył. Nie mrugnąłem okiem, zanim oddałem ten strzał. Nie zawahałem się, zanim przeciągnąłem ostrzem po tym gardle. A to dlatego, że facet, który zażądał tej zemsty, był twoim ojcem. Kobietą, która zasłużyła na tę pomstę, była twoja matka. A chłopcy, którzy zostali, którzy nie wiedzieli, że twój ojciec był prosty, solidny, niezłomny, szczery do bólu, potrzebowali tego. Black cię stworzył, dzieciaku. On cię wychował czy nie, nie tylko dobroć twojej matki, ale też to, jakim on był mężczyzną, oznacza, że ​​żyjesz, oddychasz, cholernie istniejesz, żeby ich uszczęśliwiać. Słyszysz mnie?

- Ty... ich zabiłeś? - zapytał Dutch.

- Kurwa, tak, z tych dwóch momenty mojego życia jestem najbardziej dumny - odpowiedział Hound.

- Wow - mruknął Dutch.

Hound nie miał nic do powiedzenia.

- Wszyscy mówią, jaki on był cholernie świetny - powiedział Dutch.

- To dlatego, że był cholernie świetny - odpowiedział Hound, odpuszczając pięść w koszulce dzieciaka, ale nie odchodząc.

- Ja... Jagger nawet go nie pamięta.

- Ale ty pamiętasz.

Dutch spojrzał na niego.

- Pamiętasz - powtórzył Hound - I wiesz. Wiesz, że rozświetliłeś jego świat. Wiesz, że nie był z niczego bardziej dumny niż z tego, że on i jego kobieta was stworzyli.

Przystojna twarz Dutcha stała się brzydka.

- Jak był taki dumny, to czemu umarł?

- Bo chciał żyć czysto i chciał postępować właściwie wobec swojej rodziny. Chciał wślizgiwać się do łóżka z kobietą, którą kochał i nie wnosić do niego brudu. Chciał robić naleśniki dla swoich chłopców w niedzielę i jeść je z wami, czując w ustach tylko dobroć. Bo był w pełni zaangażowany w walkę o to. Bo był gotów za to umrzeć. A życie jest po prostu do bani w sposób zbyt ogromny, by w pełni pojąć, że był tym mężczyzną wśród nas, który to robił. Nie było brata z naszywką, który nie chciałby zająć jego miejsca. Uwierz w to, Dutch, bo to jest szczera, pieprzona prawda. I ja byłbym pierwszy w kolejce. I to nie byłoby dla twojej matki. To nie byłoby dla was, chłopcy. To nie byłoby dla Chaosu. To byłoby dla Blacka.

Dutch szukał jakiegoś mądralińskiego gówna, które mógłby na to powiedzieć.

Ale nie mógł go znaleźć.

- Przestań się opieprzać i doprowadzać matkę do szału – rozkazał Hound. – Ona cię potrzebuje. Jesteście dla niej wszystkim.

Dutch miał coś do powiedzenia na ten temat.

- Wiem, i to jest dla mnie cholernie za dużo. Mam czternaście lat, człowieku, a Jag tylko dwanaście. Nie możemy być dla niej wszystkim.

- Twój tata nie odpuściłby tej roboty i byłby wszystkim, czego potrzebowała. Mówiąc to, kochałby każdą cholerną minutę i zabiłby, żeby mieć więcej.

Dutch odwrócił wzrok, mięsień drgał w policzku, na którym jeszcze nie było meszku.

– Masz go w sobie – powiedział cicho Hound – Bądź mężczyzną, jakim on nie miał szansy w pełni być.

- Jak mam to zrobić, skoro nie ma go tutaj, żeby mnie tego nauczyć? - Dutch zapytał przestrzeń po ich bokach.

- Jeśli potrzebujesz lekcji, przyjdź do mnie.

Dutch spojrzał na niego, w jego ciemnych oczach czaiła się cierpienie i nadzieja.

- Jeśli jeszcze tego nie udowodniłem, to ty nie zwracasz uwagi. Jestem tu dla ciebie, dzieciaku, w każdym razie będziesz mnie potrzebować.

- Jag też? - zapytał.

- Absolutnie - odpowiedział Hound.

- Chaos jest…

- Wasz - dokończył za niego Hound - I to ty. Dorośniesz, zechcesz to oficjalnie uznać, każdy facet tam przyjmie cię z otwartymi ramionami. Jeśli zechcesz, żebyśmy cię wspierali, będziesz miał to do dnia, w którym każdy z nas przestanie oddychać.

Coś mu przemknęło przez twarz, zanim jego usta się wykrzywiły - Ona była tam mokra i gorąca, facet.

Hound puścił go, ale znów nie wyszedł z jego przestrzeni - Dorastasz za szybko. Z tym, jak wyglądasz, dostaniesz swoją porcję gorącej, mokrej cipki. Zanim zdobył twoją matkę, twój stary uczynił sztukę w zdobywaniu ich. Kiedy nadejdzie twój czas, a przez to mam na myśli, że przede wszystkim powstrzymasz swoje gówno przez kilka kolejnych lat, dorośniesz do nich. Nie będą dyszeć, jeśli nie będziesz dawał z siebie wszystkiego. Jakbyś potrzebował wskazówek w tej sprawie, porozmasz ze mną, Hop’em, Dogiem, Tack’iem. A po drugie, prezerwatywy. Bez wymówek, bez wyjątków. Jak nie mógłbyś ich dostać, zadzwoń do mnie. Upewnię się, że będziesz zaopatrzony.

Dutchowi ukazało się coś jeszcze.

- Ludzie mają złe zdanie o motocyklistach, Hound. Nie mam nawet pozwolenia na naukę jazdy, ani motocykla, a mimo to - mój tata, Chaos, dzieciaki wiedzą rzeczy i mówią gówno. Mam po prostu to znosić?

- Kurwa, nie – odpowiedział Hound - Ale Jezu, synu, nie trać opanowania na terenie szkoły. Jak dupki potrzebują lekcji, zawsze rób to mądrze i w pewien sposób, a twoja mama nie czuje bólu, gdy to robisz.

Dutch popatrzył na niego przez chwilę, zanim się uśmiechnął.

- Sala ćwiczeń w Chaosie, twój tyłek jest tam – powiedział mu Hound. Jak pójdę na siłownię, wezmę cię i zabiorę tam. Poćwiczymy. Upewnię się, że będziesz wiedział, co robisz, nie zaskoczą cię, potrafisz przedstawić swoje racje i będziesz wiedział, kiedy przestać. Mamy umowę?

Dutch skinął głową. Próbował nie robić tego z entuzjazmem, ale mu się nie udało.

- Jak będę musiał złożyć ci kolejną taką wizytę, to mnie nie uszczęśliwi – ​​ostrzegł Hound.

- Ale mnie nie zostawisz – stwierdził Dutch.

Hound popatrzył na niego. Broda Dutcha poruszyła się w zabawny sposób, zanim zrobił twardą minę i kontynuował - Nie zrezygnujesz ze mnie. Nie znikniesz. Tak?

- Masz mnie, dzieciaku - wyszeptał Hound. - Zawsze.

- Nie znikniesz.

- Nie zniknę, Dutch.

- Nigdy. Nie odejdziesz.

Chryste.

Wtedy znowu przyłożyłby ostrze do gardła tego skurwiela, bez wątpienia.

- Nigdy, synu - obiecał.

To samo stało się z jego brodą, zanim Dutch odwrócił wzrok i wciągnął ostro powietrze przez nos.

- Jutro odbiorę cię z domu, zabiorę do Chaosu - powiedział Hound - Pokażę ci ciężary. Po szkole. Załóż szorty, tenisówki, luźny top. Jasne?

Dutch spojrzał na niego i skinął głową.

W końcu Hound się odsunął.

- Potrzebujesz podwózki do domu? - zapytał.

Dutch pokręcił głową - Muszę odebrać Jaga. On wychodzi ze szkoły po mnie. Odprowadzę go do domu.

Hound skinął głową.

- Więc, dzieciaku. Jeśli Jag zechce jutro z tobą pojechać, zadzwoń do mnie i daj znać. Odbiorę was swoim pickupem.

Dutch skinął głową.

Hound ruszył w stronę swojego motocykla.

- Hound? - zawołał Dutch.

Zatrzymał się i odwrócił.

- Miałem pięć lat – powiedział Dutch.

Hound zesztywniał.

- Ale nadal za nim tęsknię – dokończył.

- Ja też, Dutch – Hound zmusił się do odpowiedzi.

Dutch popatrzył.

Potem odwrócił się i pobiegł w drugą stronę.

*****

Pięć lat później...

Otworzyła drzwi i jak zwykle, bo to on zawsze to robił, chyba że był na robocie, Hound wyciągnął rękę w stronę Keely, trzymając kopertę z czekiem, który wypisała dla niej Cherry.

- Twoja działka w tym miesiącu - powiedział jej.

Wzięła ją, patrząc mu w oczy - Dzięki, Hound.

Podniósł brodę i, jak zawsze nie dodając niczego, zaczął się odwracać.

- I dzięki za to wielkie pudełko prezerwatyw, które dostarczyłeś Jagowi - kontynuowała, sprawiając, że Hound odwrócił się i znów na nią spojrzał - Miałam o jedną rzecz mniej do wytykania palcami, kiedy weszłam i zobaczyłam, jak uprawia seks z główną cheerleaderką na kanapie w salonie.

Chryste.

Ile razy mówił tym chłopakom, żeby rozgrywali to mądrze, jeśli chodziło o lokalizację i czas?

- Jesteś ich matką, jeśli chcesz, żebym przestał być ich dostawcą, przestanę. To nie moja rola, ale i tak powiem, że to nie jest mądre.

- Proszę, nie przestawaj. Nie potrzebuję, żeby moi chłopcy byli tatusiami dla połowy dzieci w Denver.

To była dobra decyzja.

Hound skinął głową.

Zamierzał odejść, gdy go zatrzymała.

- Dutch chce, żeby jego imię zostało zgłoszone do rekrutacji.

Jego oczy znów powędrowały w jej stronę, jego serce ścisnęło się w dobry sposób, ale nic nie powiedział.

- Ty, Hound, mówię ci, nie pozwól, żeby chłopcy do tego dopuścili.

To nie była dobra decyzja.

- Wiesz, że to gówno nie jest w porządku - powiedział cicho.

- Nie pozwól, żeby to się stało, Hound.

- On ma Chaos we krwi.

- Krew jego ojca wypłynęła dla Chaosu.

- Jak powiedziałem, on ma Chaos we krwi.

Spojrzała na niego surowo - Nigdy ci nie wybaczę, jeśli pozwolisz, żeby to się stało.

- Black nigdy by ci nie wybaczył, gdybyś zrobiła coś, żeby to powstrzymać.

Nienawidził tego, ale po tym, jak to powiedział, wyglądała, jakby ją uderzył. Więc złagodził głos, kiedy powiedział - To było ostre, ale, kobieto, ale ty wiesz, że to prawda.

Podniosła kopertę, którą trzymała w dłoni i powiedziała - Możesz odejść, jak zawsze, ale dzięki za to, Hound. Duży, gruby czek co miesiąc sprawia, że ​​wam, chłopakom, o wiele łatwiej jest żyć z tym, co ja straciłam.

A to była po prostu bzdura.

- Jeśli choć przez sekundę myślisz, Keely, że tylko ty dostałaś taki cios, to czas wyciągnąć głowę z tyłka, rozejrzeć się i zobaczyć, jakie to gówno naprawdę jest.

Znów wyglądała, jakby ją uderzył, ale nie był delikatny, bo, kurczę, minęło już czternaście lat.

Wiedzieli, że nigdy się z tym nie pogodzi.

Ale musiała znaleźć sposób, żeby to przezwyciężyć.

- Masz rację - ciągnął Hound - Byliśmy tak cholernie skupieni na złagodzeniu ciosu dla ciebie, że na swój sposób wszyscy doświadczyliśmy tego, że nie widzieliśmy takiej opieki, jakiej naprawdę potrzebujesz, a to po to, żeby ktoś ci powiedział, że musisz przestać taplać się w swoich bzdurach i wszystko uporządkować, kobieto. Musisz przestać wpychać nam w twarz poczucie winy, które i tak czujemy, smakujemy i przeżywamy każdego dnia. I musisz mieć pieprzone życie.

Nie wyglądała na tym, jakby to ją uderzyło.

Wyglądała na skruszoną - Nie powinnam... Nie powinnam... nie ty. Zwłaszcza ty. Ty się podniosłeś. Wszyscy to zrobili. Wszyscy się podnieśliście, ale głównie... ty. Nie powinnam była rzucać tym w ciebie, Hound.

Aby na tym zakończyć, skinął głową i znów się odwrócił, żeby odejść.

- Dzięki za opiekę nad moimi chłopcami, Hound - zawołała do jego pleców - Z prezerwatywami i... cóż, wszystkim.

Tym razem nie zatrzymał się i nie odwrócił.

Bo musiał. Musiał jej przynieść czek. Musiał mieć szansę, żeby spojrzeć jej w twarz. Musiał mieć te kilka chwil, które mógł mieć w jej przestrzeni. Więc je wykorzystywał. Zwłaszcza teraz, gdy chłopcy byli starsi, gdy wszyscy mniej go potrzebowali.

A także dlatego, że musiał, gdy już miał takie chwile, to się stamtąd wyniósł.

Więc po prostu podniósł rękę, machnął nią i odszedł.

*****

Obecnie...

- Nie sprawia mi przyjemności mówienie, że, kiedy ten dupek cię pokona, Hound, przynajmniej nie zostawisz nikogo, kto kocha cię bardziej niż oddychanie - rzuciła do niego Keely.

Próbował się bronić i bał się, że nie udało mu się powstrzymać drgnięcia.

Tack zwrócił na niego jej uwagę - Keely…

- Nie dzwoń do mnie więcej, Tack - zażądała.

Jego usta się zacisnęły.

Spojrzała na Hound’a i wszystko w niej się zmieniło. Przeszła od wściekłej i agresywnej do smutnej i pokonanej.

Oglądanie tego zabijało.

- Uważaj - szepnęła do Hound’a - Bądź super, kurwa, ostrożny, Hound. Bo możesz nie mieć kobiety, która kocha cię bardziej niż własny oddech, ale nadal masz ludzi, którzy cię kochają. Więc proszę, Boże, uważaj.

Po tych słowach odwróciła się, a jej włosy rozwiały się, kiedy szarpnęła drzwi, wyszła i zatrzasnęła je za sobą.

Poczuł wzrok Tacka.

Miał kontrolę. Jego twarz była neutralna.

Ale nie mógł przestać patrzeć na drzwi.

- Skończyliśmy? - zapytał Tack, a Hound rzucił spojrzenie bratu.

– Tak – odpowiedział, odpychając się od ściany.

Tack obserwował, jak przechodził wokół drugiego końca stołu, przy którym Tack siedział w sali konferencyjnej w Kompleksie Chaosu. Poczekał, aż ręka Hound’a znajdzie się na klamce, zanim zawołał jego imię.

Hound spojrzał na niego.

– Wiesz – powiedział ostrożnie.

– Wiem co? - zapytał Hound.

– Wiesz, że tam nie możesz iść.

Hound zmarszczył brwi - Bracie, zadzwonisz do mnie, kiedy trzeba pójść tam, dokąd nikt inny nie może iść. Co do cholery?

Tack pokręcił głową, ale zrobił to, nie odrywając wzroku od Hound’a.

- Wiesz, że tam nie pójdziesz. Ona należy do Blacka. Żywa czy martwa, należy do Blacka. Może iść dalej. Mam cholerną nadzieję, że kiedyś ruszy. Ale nie może iść dalej z Chaosem.

Wtedy Hound się wkurzył.

Naprawdę wkurzył.

Bo żył w tym piekle tak długo, że czuł się, jakby się w nim urodził.

Ale jego głos był cichy, kiedy odpowiedział - Myślisz, że nie wiem tego gówna?

- Wiem, że wiesz - odparł Tack - Tylko ci przypominam.

- Nie potrzebuję przypomnienia, bracie - warknął Hound, mając już tego dość, teraz bardziej niż wcześniej po słowach Keely, które rzuciła, wyładował na bracie - Żyłem z tym przez lata, będąc zakochanym w kobiecie, której nie mogę mieć.

Bez wahania, po tym, jak to powiedział, otworzył drzwi i wyszedł. Kiedy je zatrzasnął, drzwi się zatrzęsły.

Wiedział, że miała powód, żeby być wściekła. Sprawy z Klubem znów stawały się ekstremalne.

Tak ekstremalnie, że wróg faktycznie porwał starszą panią. Jego sługusy położyły na niej ręce. Uderzyły ją.

Teraz była bezpieczna, ale to było nie w porządku.

Cholernie nie w porządku.

Ponieważ nie mieli wyboru, mimo że z biegiem lat coraz bardziej oddalała się od Klubu, Keely była najbliżej dzieci High’a, więc kiedy kobieta High’a, Millie, została porwana, Tack wezwał Keely, żeby do nich dotarła i się nimi zaopiekowała, podczas gdy chłopcy wyszli do akcji.

A ponieważ Keely widziała, że ​​sytuacja znów jest ekstremalna, była wściekła.

Miała do tego prawo. Miała powód. Więcej powodów niż ktokolwiek z nich i nie tylko dlatego, że straciła Blacka, ale dlatego, że kiedyś ona i Millie były super blisko.

Kiedy ten dupek cię pokona, Hound, przynajmniej nie zostawisz nikogo, kto kocha cię bardziej niż oddychanie.

Wiedział, że ona czuje głęboko.

Ale to gówno było nie w porządku.

To nie było w porządku.

To cholernie bolało.

Przez lata Hound robił wszystko, co mógł, i nie myślał o tym. Żył swoim życiem. Bawił się. Osłaniał swój Klub. Opiekował się Keely. Dbał o chłopaków.

Ale pieprzyć go, oddał całe swoje życie kobiecie, której nie tylko nie mógł mieć, ale która nigdy nie będzie miała jego.

Co on, kurwa, robił?

Nadal był blisko z jej chłopakami. Ze wszystkich mężczyzn, a wszyscy mężczyźni angażowali się w to, oni byli Hound’a.

I tak miał pozostać, zwłaszcza że Dutch był gotowy wejść do Chaosu, zostać rekrutem. Miał dwadzieścia jeden lat, zbliżał się do dwudziestu dwóch. Zdobył licencję mechanika, kupił swój pierwszy motocykl i zdobył trochę doświadczenia. Otrzymał również inne lekcje od Hound’a, jak i od wszystkich mężczyzn.

Nadszedł jego czas.

Jag, dziewiętnastolatek, miał pójść za ojcem, bratem.

Hound wiedział, że Keely się to nie spodobało.

Ale to nie był jego problem.

Jeśli nie zamierzała go opłakiwać, jak on ruszy do walki, która nigdy nie umarła, żeby utrzymać Klub w czystości, niech tak będzie.

Jeśli nie wiedziała, że ​​jej chłopcy znów będą zgubieni, jeśli Hound’a nie będzie w pobliżu, pieprzyć ją.

Może nie kochali go bardziej niż oddech.

Ale był tam dla nich i dla niej, i nie prosił o żadne podziękowania, nie chciał żadnych, to nie był obowiązek, to był jego przywilej.

Ale miała rację.

Miał ludzi, którzy go kochali.

Tylko nie ona.

Dała to jasno do zrozumienia.

Więc nadszedł czas, żeby ruszyć dalej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz